Blog > Komentarze do wpisu
Starość nie jest fajna
I panu Bogu strasznie się ona nie udała. Jako to jest, że na obrazkach 100letnie babcie są pokazywane jako dobrotliwe, uśmiechnięte babunie?

Wczoraj dzień był nieco świąteczny, bo to jubileusz babci, dożyła kolejnej wiosny (patrząc na to, co za oknem). Wiemy już od lat kilku, że babcia nie lubi, gdy wokół niej robi się zamieszanie na tę okoliczność. Nie lubi życzeń, prezentów, kwiatów. Najlepiej w ogóle o tym zapomnieć. Dzień ma być zwykły, szary, bez szaleństw. Zresztą, takie podejście reprezentuje względem wszystkiego - święta bez sensu, pierogi bez sensu, sylwestrowa lampka szampana bez sensu, choinka bez sensu. Dać chleba z białym serem i nie wydziwiać.

Kiedyś próbowaliśmy z tym trochę walczyć, dziś już akceptujemy.

Wczoraj falstart zrobiła Lokówka, która wpadła do babci z bukiecikiem stokrotek.

- yyyhhh... ty, ty... idiotko! zwariowałaś?! - przywitała ją babcia
Okrzyczała ją, że w głowie się poprzewracało, żeby kwiaty sobie wsadziła, a w ogóle, to o której godzinie ona z pracy wraca odebrać dziecko od mojej mamy. I że zawsze chodziła w białej kurtce, a dziś w czarnej i co to ma znaczyć.

Ja tego cyrku nie widziałam, nie słyszałam. Brat zadzwonił, by mnie uprzedzić, żeby na Wilanów nie jechać. Ale pomyślałam, że jak pojadę tam udając, że o urodzinach nie pamiętam, odwiedzę babcię bez życzeń i prezentów, to może jakoś jeszcze sytuację uratuję.

Babcia przywitała mnie zjeżona.
- noooo... ciekawe czy i ciebie matka nastawiła! - usłyszałam w odpowiedzi na moje dzień dobry.
Powiedziałam, że nie rozumiem o co chodzi. Nie dałam się sprowokować, gdy próbowała mnie zaczepić jeszcze kilka razy. Babcia w końcu wyłagodniała, poprosiła, żebym potowarzyszyła jej przy kolacji, którą jada w łóżku. I porozmawiałyśmy trochę, nawet się pośmiałyśmy nieco, wspominając wspólne nocne rozmowy, gdy ja miałam naście lat.

Tyle, że zawsze gdzieś tam czyhały niefajne słowa kierowane głównie przeciw mojej mamie. Nie chciałam tego słuchać, tłumaczyłam babci, że tak jak ona nie chce, by mama "nastawiała" mnie przeciw niej, tak samo ja nie chcę być "nastawiana" przeciw mojej własnej matce. Działało na krótko. Babcia wyciągała wszystkie historie, które ja doskonale pamiętam, ale z którymi już się uporałam. Z tym, że mama nigdy ze mną nie rozmawiała, że to tata przychodził na poranne czy wieczorne pogawędki, a mama nigdy. Że mnie biła, gdy nie rozumiałam zadania z fizyki. Że wyzywała mnie, odpychała, i tak dalej, i tak dalej.
Tyle, że dziś, będąc dorosłą, rozumiem dlaczego tak się działo. A przecież babcia jest jeszcze doroślejsza ode mnie i to, co trzydzieści lat temu działo się w naszym domu wie lepiej, bo wtedy też była dorosła.
Wygląda na to, że to starość tak szatkuje pamięć. Że niby pamięta się świetnie to, co się działo w 1939, ale jednak nie tak świetnie, bo zlewają się ze sobą zupełnie nieprzystające do siebie sytuacje.

Z każdą kolejną minutą robiło się coraz gorzej. Że z Rodzicielką żyć się nie da pod jednym dachem. Bałam się trochę wytaczać ciężkie działa do tej dyskusji, bo babcia jednak jest już starszym człowiekiem, serce nowe nie jest i nie chciałabym doprowadzić do jakiej tragedii. Więc przypomniałam jedynie, że z dziadkiem też dogadać się nie mogła i od dziadka się wyprowadziła. Przemilczałam, że pomieszkiwała u jednej córki, gdzie nie dało się dogadać z zięciem, potem mieszkała u syna, którego żona okazała się być wredotą... To może jednak problem nie leży w charakterze innych ludzi, tylko w charakterze babci? Niby starość ma swoje prawa, ale to też sprawiedliwe nie jest, że tylko dlatego, że ktoś jest stary, to może oczerniać innych, wybielać siebie i nie wolno z tym dyskutować.

Przykro mi też było słuchać o tym, że Młodszy Brat jest chamem. Bo chory na raka jest, chemię bierze i przyjeżdża do nas. No skandal. Bo śmierdzi tą chemią od niego. I jeszcze w rękę chce całować. No koszmar. Do głowy jej nie przyjdzie, że wujek przyjezdza do nas zjesc obiad, bo go na restauracje nie stać. Rodzicielka mi później powiedziała, że w ubiegłym tygodniu babcia nie odzywała się w ogóle do wujka, nie odpowiadała na pytania i wyrwała rękę, gdy wujek chciał się pożegnać.
No ale starsza kobieta, tak? Rozumieć trzeba, tak? Yhhh.
Przypomniałam tylko, że jakoś Ojczulka się nie bała całować, gdy był chory. A przecież był chory na to samo. Skoro argument był logiczny - to logicznym jest, że ja jestem idiotka i babcia dyskutować ze mną nie będzie.
Ach. I jeszcze - nic dziwnego, że Ojczulek sobie przygruchał jakąś babę, skoro Rodzicielka taka jest. I on i tak jest w niebie, bo to święty człowiek był. Myślałam, że mi ciśnienie uszami strzeli.

Cierpliwości mi starczyło do momentu, gdy się okazało, że porzuciliśmy Ojczulka w szpitalu. Potem, że pochowaliśmy go bóg wie gdzie, zamiast w Warszawie. Na próbę wyjaśnień, że w tamtym momencie nie było mnie stać na to, żeby tutaj z dnia na dzień wykupić kwaterę na cmentarzu, babcia oczywiście się obruszyła, bo ja mam dużo pieniędzy, tylko ojca nie kochałam.

Dalsza rozmowa mijała się z celem.

Wyszłam więc z pokoju babci, która mimo wszystko dalej na cały regulator krzyczała o byciu niewdzięczną, samolubną, wrodzoną do matki, i tak dalej...

Mama siedziała w pokoju i płakała. Że całe życie ma takie, przez matkę. Że teraz Ojczulka wybiela, ale jak żył to chodziła za nią i ciągle podgadywała, żeby mu Rodzicielka zwróciła uwagę na to, że skarpetki rozrzucone, że gazety pod łóżkiem, że to, że tamto. I mama w końcu ulegała i zwracała uwagę tacie. I potem się kłócili. Sama to dobrze pamiętam.
Cała babcia, manipulantka, despotka, rządzicielka.

Biedna mama. Starałam się ją jakoś pocieszyć, ale na niewiele to się zdało. Mamie źle z tym, że przez babcię nikt nas nie odwiedza. Że po takich kłótniach obdzwania pół rodziny opowiedzieć, jak ona tu przez własną córkę jest gnębiona i że ona chce umrzeć, bo dłużej nie wytrzyma.

Staram się po ludzku to zrozumieć. Kolejne urodziny w tym wieku pewnie miłe nie są, bo człowiek coraz bardziej musi do trumny się przymierzyć. I choć babcia mówi, że chce, to pewnie wcale nie chce, tak w środku, żal wielki ma, tylko sama nie wie już o co i do kogo.

Z drugiej strony - przecież to naprawdę nie jest fair wobec mamy, mnie, Brata i jego rodziny.
Dlaczego ze względu na wiek babci musimy pokornie znosić takie rzeczy, słuchać takich bzdur?
Mnie i Bratu łatwiej, wkurzymy się, gdy jesteśmy, ale potem każde z nas wraca do swojego domu, naciąga kołdrę na głowę i ma ciszę i spokój.

A mama zostaje. I to ona musi udawać, że choć babcia 'pluje' jej na głowę, to niby deszcz pada. I podać śniadanko, herbatę, wysłuchać o tym, że w rosole znowu jest mąka, że wędlina pewnie była przeterminowana, bo ona ją otruć chce oraz że ustawia już nawet małą Juniorkę przeciw niej, bo 1,5roczna Juniorka nie chciała ostatnio babci podać rączki i to pewnie dlatego, że tak jej zostało nakazane.

Panie Boże. Ewolucja trwa, mógłbyś popracować nad starością? Plis?

sobota, 21 lutego 2015, kreseczka78

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2015/02/21 21:08:20
I grzechem tutaj nie byłoby ulżenie sobie w formie pytania " ile jeszcze ???"
ja czasem musze sobie tak gwizdek puścić bo inaczej kaftanik , starość mam za ścianą
-
2015/02/21 21:18:46
Ale może to nie jest starość? Chociaż nad samą starością to by się Pan Bóg mógł jeszcze pochylić.
-
2015/02/21 21:37:35
to nie starość Kreseczko... a może inaczej. Znam ludzi starych - pogodnych, z zainteresowaniami, z pasjami. Znam też takich, którzy koło 60 już "umierają" i zatruwają bliskim życie.
Niestety, sama wiesz jaka Twoja babcia była i jaka jest. Mam wrażenie, że niektóre jej cechy - te niefajne - mocno się utrwaliły i wzmocniły na starość. Ale najważniejsze - czy jest szansa, żeby zluzować choć na moment, na parę dni Twoją mamę? Ona potrzebuje odpocząć, potrzebuje dłuższej chwili dla siebie... Babcia toleruje opiekę kogoś innego niż córki?
Pomoc statystyka