sobota, 28 stycznia 2017

Gdy wróciłam do domu nie rozumiałam swojego smutku. Wieść o nowej parze w pracowni zrobiła na mnie wrażenie, niewątpliwie. Zaczęłam się martwić, czy Gewara -gdy dowie się o tym, że jego żona jest od dłuższego czasu w zwiazku z Wonderfulem- nie będzie chciał odejść z pracy. A szkoda by było, bo ja wiąże z nim spore na dzieje, ma szansę być merytorycznym asystentem, a docelowo specjalistą w jednej z ciekawszych dziedzin.

Czy to jednak było powodem smutku? Nie. W pewnej chwili zorientowałam się, ze dojechałam do centrum handlowego. Owszem, miałam odebrać fakturę z myjni samochodowej - ale nie byłam na myjni, tylko łaziłam między sklepami. Nic nie kupiłam, tylko się tak snułam. I wciąż miałam w sobie smutek.

Dlaczego? Leśna zagadka.

Najpierw pomyślałam, że może to wynika z tego faktu, że oto Wonderful rzucił całe swoje dotychczasowe życie, małżeństwo, wybudowany dom, dorosłego syna i 7letnią córkę i wiąże się z inną kobietą. I że Tulipanowi odwagi brakuje, na zdeklarowanie się wobec mnie.
No ale halo. Przecież Wonderful z MałąMi się nie żeni, nie oświadcza. A Tulipan przecież ze mną jest. Ostatni kryzys w zasadzie chyba nas jakoś umocnił.

No to czemu taki smutek? Może przez to, że wydawało mi się, że jednak nie wszyscy mężczyźni są tacy sami.
No i trochę strach pracowac w naszej pracowni. Lada moment, poza Pedantem, wszyscy mężczyźni będą po rozwodzie. Wśród kobiet proporcje są mniej-więcej równe: mężatki, rozwódki i wieloletnie singielki.
Przy czym ilość rozwódek wzrasta.

A może to nie smutek, tylko niesmak? Rozczarowanie? Być może.

Wróciłam do domu i padłam zmęczona.

 

Świat się kończy... czyli ModaNaSukces w pracowni!

W pracowni dużo sie ostatnio działo. Jednym ruchem dziewczyny Kreatywnego stały się "moimi" dziewczynami. Radzę sobie z tym na razie średnio, bo to terra incognita dla mnie, ale krok po kroczku próbuję opanować nowe tematy.

Pedant się skutecznie poturbował w delegacji i przez ponad miesiąc nie było go w pracy. Myślę, że sporo osób zrozumiało podczas jego nieobecności gdzie ta firma by skończyła, gdyby go zabrakło (w d*pie, oczywiście, wyszło na to, że jest liderem i mentorem).

Nie-zawodowo dzieje się jeszcze więcej.
Drugi po raz trzeci się rozwiódł, przed sądem było na ostro, z praniem brudów i puszczaniem filmików włącznie. Po czym sylwestra spędzili razem na Kubie, jakby rozwodu nie było...
Parę miesięcy temu Pedant mi ujawinił, że moja była asystentka jest jego przyrodnią siostrą (nazwijmy ją Amerykanka). Amerykanka jest dużo młodsza od mojego Brata, czy Lokówki. Tatuś Pedanta widać na ostatniej prostej jeszcze był niezłym amantem. W każdym razie to wciąż tajemnica, nawet żona Pedanta o tym nie wie. Plusem jest to, że nie wpływa to nijak na relacje w pracy, nie jest faworyzowana, jest regularnym pracownikiem.

Dużą niespodzianką była informacja, że Amerykanka, równo dwa lata po niemal-hollywoodzkim ślubie, wyprowadziła się od męża i zażądała rozwodu. Było to zaskoczeniem, bo tworzyli bardzo zgraną parę, z pomysłem na siebie, na życie. Byli ze sobą od bardzo dawna. No ale cóż, bywa.

Z miesiąc temu gruchnęła kolejna wiadomość - MałaMi i Gewara, którzy byli pierwszym małżeństwem pracującym w pracowni, też się rozwodzą, po 10latach. MałaMi, tak jak Lokówka, Czeszka czy Amerykanka, pracuje w mojej kopalni od dawna. Gewara, jej mąż, dołączył parę lat temu. Firma trochę szukała na niego pomysłu. najpierw pracował u Siwego, potem wrócił do naszego biura. Była w pewnym momencie koncepcja, by oboje pojechali na kontrakt do Zasiedmiogórogrodu (gdy się okazało, że moje problemy zdrowotne uniemożliwiają mój kontrakt).

Gewara, który od kilku miesięcy pracuje w moim dziale, powiedział mi, że mijający rok był bardzo trudny. Na początku kupili mieszkanie, a potem zaczęli się "żreć". I że te kłótnie były nie do wytrzymania. Być może oboje zdecydowali o rozwodzie, ale wciąż widać, że Gewara kocha MałąMi. I że jemu trudno jest.

Zdecydowali się jednak pracować dalej w jednej firmie i tak na co dzień nie widać jakichś problemów. Normalnie rozmawiają, w zasadzie jak gdyby nigdy nic.

Aż tu nagle wczoraj znowu jebudu. Dzwoni do mnie Pedant i mówi:
- Kreska, usiądź, bo nie uwierzysz. Chyba, że może wszyscy wiedzą już, a ja dowiedziałem się ostatni
Zapadła cisza. Zastanawiam się, kto znowu, co znowu...
- Wonderful się rozwodzi? - strzeliłam w końcu
- a kto wie... na razie razem z MałąMi oświadczyli, że są parą

Faktycznie, szczęka mi opadła. Wonderful? No przecież on jest wonderful! Taki stateczny, zasadniczy, poukładany. No i z MałąMi? Wonderful za moment skończy 50tkę. MałaMi jest równe 15lat młodsza, fanka ostrych brzmień, czarnego koloru, tatuaży i ciężkich brzmień. Charakterologicznie też raczej daleko mają do siebie. No nic, może mają inną płaszczyznę porozumienia.

Normalnie jak w ModzieNaSukces. Tylko cudownie wskrzeszonych nam jeszcze brakuje.

poniedziałek, 05 grudnia 2016

Po ostatnim tygodniu doszłam do wniosku, że na rynku wciąż brakuje porządnych senników.

Bo tak na przykład, mnie się śni impreza urodzinowa Kreatywnego, na której jest DJ i jest nim sam Ji.mekDębski! Po czym nagle Kreatwyny jest w moich seksimajtach i mi się do tyłka dobiera.
A tu ani Kreatywnego w senniku nie ma, ani Dębskiego. Nawet seksownych majtek nie ma, pfff!

Innym razem rozmawiam we śnie z Tulipanem, potem go całuję, a po skończonym pocałunku się okazuje, że to Wonderful był.

Albo za dużo pracy, albo za mało seksu.
Tak, tak, to chyba jednak nie jest problem z sennikami...

Woah! Ale ten czas pędzi! Lato, lato i za chwilę trzeba prezenty pod choinkę kupować.
Ja się tak nie bawię.

Ile razy tutaj sobie zaglądam, żeby zobaczyć gdzie byłam i co myślałam o tej porze rok czy 5 lat temu, to żałuję, że nie wpisuję swoich przemyśleń tutaj teraz. Żebym mogła tak samo odkopywać je za lat parę.

Za dużo tego wszystkiego mi się dzieje na raz. W pracy piastuję już nowe obowiązki. OPRÓCZ starych. To sprawia, że ostatnie wolne chwile mi się wypełniły po brzegi spotkaniami, papierkami, raportami i innymi drobiazgami z dedlajnami na wczoraj.

Jeśli kiedyś wydawało mi się, że nie mam czasu, no to "hahaha". Teraz to ja dopiero nie mam czasu!
A jeszcze Kubuś Drążyciel nadchodzi, do tablicy zostanę wezwana już w przyszłym tygodniu, a ja nie tylko pracy domowej nie mam gotowej, ale nawet ściągi są niekompletne.

Poza całym tym zamieszaniem jest też zamieszanie Tulipanowe, bo tak, Tulipan dalej jest obok mnie, a ja obok niego. Nie, to źle zabrzmiało. Jesteśmy razem, wciąż, pomimo różnych burz i naporów, jego wnerwów z rzucaniem marchewkami, depresjami, końcami świata i innych takich.
Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że zdecydowanie częściej z nim i przez niego płaczę ze śmiechu. A nie ze smutku.

Także, Drogi Pamiętniczku, chciałabym pisać bardzo, ale doby mi brakuje. To znaczy, tak konkretnie, to tak z 8h brak. Niedużo.
Może ktoś? Coś? Jakoś?
Proszę.

środa, 27 lipca 2016

Więc tak, to chyba jednak prawda, że jak jest dobrze, to się mniej pisze. Ja piszę mniej, bo mam mało czasu, w pracy i po pracy.

Od września czekają mnie nowe pracowe obowiązki, których nie przyjęłabym gdyby nie kusząca finansowa propozycja. Mam więc miesiac, żeby część rzeczy przerzucić na kogo-się-da i zrobić sobie luz na nowe obowiązki.

Po pracy jest dobrze. Tulipan pomieszkuje, czasem ja pomieszkuję u niego. Przy okazji rodzinnej stypy poznałam całą jego rodzinę i przyznać muszę, że dobrze się czuję, prawie jak ze swoimi.
No i, choć o tym wprost nie rozmawiamy, próbujemy się starać o potomstwo, z marnym skutkiem. Dziś liczyłam, że wreszcie zobaczę te dwie kreski, skoro okres mi się 3 dni spóźnia (a zwykle bywa jak w zegarku), ale nic z tego. Chyba czas pójść na jakiś przegląd techniczny.

A poza tym zupełnie bez zmian. Jak byłam roztargniona, tak jestem. Dziś na przykład wyrzuciłam siateczkę ze śniadaniem do pracy, razem ze śmieciami, które rano wyrzucałam.
A były śliweczki i brzoskwinie.
Smuteczek.

poniedziałek, 06 czerwca 2016

Jestem sobie słomianą panną tymczasowo, jako że Tulipan wybył zagranicę. Jeszcze przed wyjazdem zdążyłam poznać część jego rodziny i byłam u Pani Matki w domu, oficjalnie, na obiedzie.
Chyba zostałam dość szybko zaakceptowana, skoro gdy tylko Tulipan wyjechał, to Pani Matka wpadła na pomysł, że skoro mam klucze od Tulipanowego rancza (które de facto rodzinne jest), to możemy się wybrać tam razem.
Tulipan zadzwonił do mnie i się kajał, że w sumie to on się wcześniej mnie nie zapytał, ale jeśli będę na działce, to może mogłabym i jego mamę zabrać...

Jako, że miałam podlać pomidory, powyrywać rzodkiewkę i sałatę, a jego mama niedawno zaliczyła bliskie spotkanie z glebą i nie może prowadzić samochodu (ale wiaderka z wodą przydźwigać może), to pomyślałam.. w sumie, czemu nie.

No i pojechałyśmy w weekend tam razem. Było fajnie, dość swobodnie się nawet czułam.
Aż do pewnego momentu- gdy ona poszła do rodziny, a chwilę potem przyszedł wujek Tulipana i kategorycznie oświadczył, że mam tam do nich dołączyć, bez dyskusji. Fortelu niezłego użył, żeby mnie z ogródka do bramy przywołać - wołał mnie i pytał, czy ten samochód przed bramą to na sprzedaż. Raz i drugi mu odkrzyknęłam przez pół pola, że nie, ale gdy mi kazał do bramy podejść to już się przestraszyłam, że może na jaką miedzę wjechałam, albo krzywo stanęłam i się obywatelski obowiązek w jakim sąsiedzie obudził.
Śmialiśmy się potem z tego wszyscy, a najbardziej jego żona, która stwierdziła, że widać nawet w tym wieku to on sobie "kobitę' raz dwa przygruchać może.
Ogarnęłam więc trochę roztrzepany włos oraz ręce wyjęte z ziemi i dołączyłam do reszty rodziny.
Przy stole było gwarno, ciocie, kuzynki szwagry, ich dzieci... Przedstawiłam się imieniem, ale dziwnie mi tam było, choć miło przecież.
Pewnie Pani Matka przedstawiła mnie wcześniej tej reszcie rodziny, która mnie jeszcze nie widziała. Mam nadzieję, ale i tak dziwnie mi było i już.
Chociaż samo spotkanie było naprawdę sympatyczne i czułam się niemal jak wśród swoich. Tyle, że bez Tulipana to byłam jak to piąte koło u wozu.

Wieczorem w rozmowie powiedziałam Tulipanowi, że rzucił mnie na głęboką wodę.
- co zrobisz... jak ci chłop do pracy wyjechał
- no, to niech ten chłop wraca!

Dobrze, że ten projekt już niedługo się kończy, tyle, że ja akurat wtedy wyjadę i będziemy mieć wspólny tylko 1 wieczór. Potem znowu wyjazd, na prawie 2tyg.

Źle tęsknotę znoszę. Ja bym już chciała lipiec mieć!

środa, 18 maja 2016
Ach, jak przyjemnie

Ponoć jak się jest szczęśliwym, to nie ma o czym pisać, bo jest dobrze i jest nuda.

Jest to jakiś argument, choć ja nie piszę tu tak często jak bym chciała, głównie ze względu na spory deficyt czasu.

Ale stan szczęśliwości też pewnie nie jest bez znaczenia, bo ja i owszem, szczęśliwa jestem. Tulipan sprawia, że tak właśnie się czuję. Gdzieś mu chyba jakaś klapka przeskoczyła i jest tak, jak być powinno. Skończyły się zmiany planów bez uwzględniania mojej opinii. Kuzyn, który tak mieszał, miesza jakby mniej i jakby częściej liczy się z tym, że ja i Tulipan chcemy spędzać czas razem. Może po prostu się dowiedział, że jestem?

Tak czy siak, jest dobrze. I choć parę miesięcy temu myślałam, że może Tulipan po prostu tak ma, że może on inaczej nie potrafi i że muszę to zaakceptować, to jednak nie.

Jak facet chce, to potrafi.

Potrafi zrezygnować z miesięcznego zagranicznego projektu, żeby spędzać wieczory ze mną. Potrafi przytulać, całować, dotykać z taką częstotliwością jakiej potrzebuję.

To pewnie kiedyś jakoś minie, zmieni się, spowszednieje, ale póki co cieszę się takimi chwilami jak dzieciak.
Każde wspomnienie, każdą piękną chwilę pakuję w ozdobny papier, przewiązuję wstążeczką i ustawiam ostrożnie na półeczce.
W złych chwilach będzie to mój osobisty powerbank.

wtorek, 10 maja 2016

Nareszcie! Po wielu latach okupacji przybalkonowych drzew przez sroki, które niemiłosiernie terkotały bladym świtem, nareszcie! W gnieździe przy moim balkonie zamieszkały skowronki! Co za poranki mam teraz! Okien nie trzeba otwierać, ale gdy się wyjdzie na balkon, przeciągnie kości, wygrzeje twarz w budzącym się słońcu i jeszcze posłucha tego świergotania, ach!

Kocham maj. Nieustannie.

Truskawki mi już kwitną, konwalia po 2latach lenistwa znowu wykiełkowała, białe surfinie pachną obłędnie wieczorami, no i teraz te skowronki! Muszę poczytać co tu zrobić, żeby tak im się tutaj spodobało, by wróciły za rok.

 

piątek, 29 kwietnia 2016

Za dwa tygodnie chrzest Młodej. Ponieważ zwycięskiego składu się nie zmienia, to -podobnie jak Juniorkę- Młodą też będę wspierać w roli MatkiKrzestnej, mając u boku tego samego kuma.

Fajnie, cieszę się bardzo, bo to wyraz dużego zaufania, a przynajmniej ja tak to odbieram.

Prezent w szczegółach niewymyślony, ale będzie klasycznie i mam na to jeszcze chwilę. Najgorzej idzie mi z wyborem białej szatki. Takie cuda teraz można kupić! A ja jak ten osiołek między pełnymi żłobami...

No i jeszcze 'szatka' dla mnie. Mam wrażenie, że kiedyś kupowanie ciuchów i butów szło mi lekko, a teraz dzielę włos na czworo. Jakąś kieckę mam, jedną kupiłam, ale nie wiem czy nie jest zbyt ...banalna. Bo to niby sukienka, prosta w kroju, ale z grubej bawełny, więc czy to pasuje? Jak nic innego nie znajdę, to będzie musiało!

I buty jeszcze. Marzą mi się takie jasnoszare obcasiki fajne, ale muszę gdzieś upolować fajny fason.
To w kolejny weekend może.

Tagi: rodzinnie
18:12, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 kwietnia 2016

Czas bardzo szybko biegnie, coraz szybciej. Czas beztrosko wolny skurczył mi się do absolutnego minimum. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że prawie miesiąc tutaj nie zaglądałam.

I to nie tak, że nie mam o czym pisać, bo jest dobrze. Dobrze bywa, ale nie zawsze. Problemy rodzinne związane z Babcią są i uwierają jak kamień w bucie. I chciałabym to wszystko opisać, te wszystkie nerwy, które mną targają, tylko czasu brak, żeby to w sobie 'rozbebrać' i tutaj przelać. A szkoda. Bo dużo różnych niuansów jest, które pewnie z czasem mi gdzieś umkną. Do tego różne moje zdrowotne jazdy pod górkę, a na deser moje docieranie się z Tulipanem...

No nic. Może jakoś wreszcie zorganizuję ten mój chaos i znajdę czas, żeby tutaj zaległości też ponadrabiać.

 

Tagi: refleksje
15:09, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 marca 2016

Urlop, urlop i po urlopie. Góry cudne, śniegu jak w bajce, towarzystwo wyborowe, tylko czasu za mało.
Działo się tyle, że ledwie się obejrzeliśmy, a trzeba było wracać. Czas szczelnie wypełniły zabawy z Juniorką, lepienie bałwana, robienie orła na śniegu, imprezowanie jak dzieciaki padły, spacery po mieście i górach, imprezy oraz spacery. I imprezy. I harce. No działo się.
Odkrycie tego wyjazdu - w górach wciąż nie ma kaca i można bezkarnie mieszać alkohole.

Coraz częściej myślę o tym, że muszę znaleźć jakieś intratne i bardzo dochodowe zajęcie. I to takie, żebym miała dużo wolnego czasu i mogła odpoczywać kiedy chcę i gdzie chcę.

A Tulipanowa bajka trwa.
I trwa mać!

:)

niedziela, 28 lutego 2016

Wszystko wskazuje na to, że jutro wieczorem zaczynamy wspólne wakacje. Pierwsze wspólne.

Oczywiście lekko nie było. Tulipan najpierw chciał, potem nie mógł, potem znowu mógł, aż w środę się okazało, że jednak nie może, bo praca jednak jest. Nie byłam już zaskoczona, bo zdążyłam się przyzwyczaić, ale tak, byłam zła. Wydawało mi się, że dałam mu wolną rękę do podjęcia decyzji, ale złudzeń mu nie zostawiłam, czym będzie odwołanie wakacjo-ferii.

W czwartek, zgodnie z planem, wszystko się wyjaśniło i Tulipan potwierdził, że jedziemy. Ucieszyłam się bardzo, on chyba też, choć przedstawił mi to tak, jakby nie on tylko za niego kuzyn podjął decyzję. Nieważne. Jedziemy razem.

Przez chwilę było ryzyko, że faktycznie będziemy sami, bo córki mojemu Bratu się pochorowały. I z zaskoczeniem zauważyłam, że Tulipana to trochę ...zdenerwowało? Tak jakby mi chciał powiedzieć "to ja tu na rzęsach staję, a oni nie jadą?!"
Nic nie powiedział, ale tak to odebrałam.

Nie wiem. Może to tylko złudzenie takie, że coś nie halo. Wczoraj nie bardzo udało się porozmawiać, ale to akurat przeze mnie, dziś wymieniliśmy po jednej wiadomości, no ale może poszedł spać, skoro świtem wyrwał się na polowanie.

No nic, zobaczymy. Na razie to mam parę rzeczy do zrobienia w kuchni i przede wszystkim walizkę do spakowania.
Po prawie 4 latach wracam w góry!

poniedziałek, 22 lutego 2016

Temat babci wciąż spędza sen z powiek. Niby jest zaopiekowana, niby wszystko ok (choć wiadomo, dni ma raz lepsze, raz gorsze, raz jest słodka jak babcia z obrazka, innym razem dostaje zastrzyki na uspokojenie), ale wciąż jest niepokój.

Martwię się ja i martwi się Rodzicielka. To na nią spadł ciężar rozmów z rodzeństwem, co łatwe nie jest. Niby ma wsparcie w starszej siostrze, ale ona też już podpytuje do kiedy babcia tam będzie albo sugeruje że na wiosnę babcię weźmie syn, potem młodsza siostra, później ona...

Finansowe obciążenie jest duże. Babci marna emerytura ledwo starcza na leki i pieluchy. A pobyt wraz z rehabilitacją kosztuje więcej niż średnia krajowa.
I już myśleliśmy, że uda się choć na rehabie zaoszczędzić, bo państwowy lekarz wyraził zgodę na tzw rehabilitację domową, ale za to zgody nie wyraził ośrodek.

Trzeba będzie próbować chyba szukać jakiegoś enefzetowego miejsca, bo kto wie ja długie życie pisane jest babci.

Gdy składałam jej urodzinowe życzenia, była pogodna i uśmiechnięta. Trochę tylko wycofana, ale to pewnie przez leki uspokajające.
- wiesz... ja to bym już chciała umrzeć... ja się męczę, wy się męczycie... - powiedziała po chwili

Tak sobie myślę, że ta starość to się naprawdę panu Bogu nie udała. Chciałoby się, żeby babcia mogła się cieszyć wnukami, dziećmi, wolnym czasem, a tu nie tylko zdrowie szwankuje, ale i głowa czasem odmawia posłuszeństwa.

Babcia się męczy, męczymy się my. Bo każdy telefon, każde jej gorsze samopoczucie to nerwy. Każde jej protesty, krzyki, że ją chcą otruć, otwieranie pampersa w poszukiwaniu nie wiadomo czego, to wszystko rozrywa w środku. Bo to przecież moja babcia. Ta, która mnie za rękę prowadziła na spacer, z którą po nocy gawędziłam w łóżku, ta która dawała w kość, ale przynajmniej świadomie. A teraz tak potrafi się pogubić...

Nie wyobrażam sobie tego, że babcia mogłaby w takim stanie wrócić do domu, do Rodzicielki. Wymaga już całodobowej opieki, czasem pielęgniarki na pstryknięcie palcem, właśnie po to, żeby podać zastrzyk wyciszający albo przeciwbólowy.

I martwi mnie to jak bardzo tym wszystkim przejmuje się mama. Tym jak to zorganizować, tym żeby były pieniądze na kolejną wpłatę. Męczy ją to, że musi prosić rodzeństwo o pomoc. I gnębią ją myśli, że oni teraz o niej myślą jak o niewdzięcznej córce, z którą matka całe życie mieszkała, pomagała, a jak nie może, to ją oddano jak popsuty telewizor.
A mama na dodatek z tym wszystkim sama jest. Tak to by choć z Ojczulkiem porozmawiała, wsparcie od niego dostała. Ja czy Brat też ją wspieramy, ale to przecież jest zupełnie co innego.

Chciałabym móc coś zrobić, żeby w tej sferze emocji coś zmienić. Wsparcie finansowe to nie wszystko. Nawet gdybym ja sama płaciła za wszystko, to problemy związane z emocjami pozostaną.

Ciężki czas.

wtorek, 16 lutego 2016

Wypity wczoraj drink sprowokował między nami długą i poważną rozmowę. Zaczęło się od pierdoły, która we mnie odkręciła kranik ze łzami. Pierdoła, bo sama wiem, że nadreagowałam, ale też w kontekście wszystkich wcześniejszych słów, miałam prawo sobie tak, a nie inaczej pomyśleć.

To była druga taka rozmowa o emocjach i uczuciach. Usłyszałam to czego potrzebowałam - że go fascynuję, dlaczego go fascynuję, że problem jest w nim, że wciąż wierzy, że poczuje taką miłość przez duże 'm', bo to jest dla niego warunek zobowiązań na całe życie. Takie rozmowy są dobre. Bo można sobie wyjaśnić wiele nieporozumień i niedorozumień. Ja źle zinterpretowałam to co mówił o małżeństwie, on zrozumiał, że ja chcę żeby mi się już teraz oświadczał.
Nawzajem byliśmy zaskoczeni tym jak i dlaczego to drugie myślało to co myślało. A ja byłam zaskoczona tym, że związek i relacja między nami, jego zdaniem, zaczęła się w 2014 roku.

Gdzieś koło 2giej uznaliśmy, że temat jest omówiony i można iść spać.

- pościelesz mi tutaj? - zapytał Tulipan, wskazując na łóżko w pokoju, na którym kiedyś sypiałam ja, gdy on spał w mojej sypialni
- tutaj??? - byłam szczerze zdziwiona
- no bo może nie chcesz spać ze mną...
- jednak mało mnie jeszcze znasz - zaśmiałam się - ja nigdy nie chodzę spać pokłócona, chodź! - kiwnęłam ręką i poszliśmy godzić się w sypialni.

Dziś rano Tulipan odprowadzał mnie do drzwi, gdy wychodziłam do pracy. On wraca na parę dni do siebie, bo ja za moment pojadę do azylu i oboje wracamy do domu w piątek. I gdy żegnaliśmy się na te kilka dni, zapytał z miną zbitego psa:
- ale zadzwonisz do mnie jeszcze?
- ale kiedy?
- no... w ogóle...

Roześmiałam się w głos. Cieszę się, że potrafimy spokojnie rozmawiać o emocjach i tych wszystkich innych trudnych rzeczach.

poniedziałek, 15 lutego 2016
Łyżka dziegciu w Walętynkach

To był całkiem miły dzień. Dostałam moje ulubione frezje, zgodę na słuchanie romantycznych ballad podczas gry w planszówkę. Było bardzo miło, bez napinki, bez fanfar. Tak zwyczajnie miło.

Ale przez chwilę zrobiło mi się przykro. Wtedy gdy w walentynkowy wieczór rozmowa zeszła na formalne związki, małżeństwa i dzieci. I gdy Tulipan stwierdził, że on nie wyobraża sobie, jak można komukolwiek przyrzekać i składać deklaracje na całe życie. Że on jest facet i nie ulegnie żadnym naciskom, jak niektórzy jego koledzy, i on nie ożeni się, żeby nie być starym kawalerem. I że na żadne kompromisy chodzić nie będzie. Jeśli coś nie będzie grało, to nie będzie grało i kropka. Nie będzie żadnego "jakoś to będzie", "dotrzemy się", itp. A poza tym przecież może się w trakcie zakochać w kim innym.

Zamurowało mnie. Zaczęłam szybciej mrugać powiekami, żeby nie zauważył, że mi się oczy zaszkliły.

-no cóż... to chyba powinnam ci życzyć powodzenia w tych poszukiwaniach... - powiedziałam. Tulipan nie skomentował.

Za to ciągnął dalej. Że dzieci też mieć nie chce. No chyba, żeby od razu miały co najmniej 7 lat. Wprawdzie gdzieś tam w środku czuje, że nie chciałby być sam, ale deklaracje? Ani tyci. I dodał, że pewnie nie powinien był mi tego mówić, bo żaden facet do tego się nie przyznaje, a on tak w przypływie "chłopięcej szczerości" mi wypaplał i że lepiej byłoby gdyby mi naopowiadał tego, co ja chciałabym usłyszeć.

Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Uciekłam do kuchni zmywać naczynia. Potem poszłam do łazienki i tam sobie popłakałam. Miałam ochotę wyjść stamtąd i się słowem do niego nie odezwać never ever, ale po chwili refleksji pomyślałam, że to niczego nie zmieni.
Bo o co mi chodzi? Facet mi powiedział szczerze co myśli. Przecież nie mogę mieć pretensji do niego o to, co on myśli. To MNIE jest źle z tym co on mówi, bo ja wyobrażałam sobie to wszystko inaczej. I że to wszystko w zasadzie ustawia naszą relację w kategorii friendswithbenefits. Co z tym zrobię? Decyzja należy do mnie. Wczoraj byłam bardzo oszołomiona tym, co usłyszałam i znowu zapomniałam, ze powinnam mu powiedzieć jak ja się z tym czuję. I dlaczego mi tak paskudnie.

Udało mi się wrócić do pokoju bez śladu łez. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę o tym wszystkim. Tulipan uzupełnił, że jemu też jest z tym wszystkim źle, że on też by chciał tak ot po prostu, jak mój brat w wieku 20-paru lat wziąć ślub i mieć dwójkę dzieci, ale nie potrafi tak, a im dalej od 30tki, tym trudniej, bo człowiek nabiera własnych przyzwyczajeń, a i do ryzykowania coraz mniej skłonny.

Przytulał mnie tak, że zapomniałam o tym, że mi smutno.

A przez ułamek sekundy, wtedy w łazience, pomyślałam sobie, że chyba jednak już wolałam te moje samotne walentynki, niż takie niby z kimś, a gorzkie jak 99% czekolada.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 258
Archiwum
Zakładki:
... i jeszcze bliżej:
Audio, czyli namiętnie słucham:
Codziennik
Lubię wpaść z wizytą
Pod kluczem
Przeglądam czasem
Się zapoznaję dopiero
Teraz czas na... LEJDIS
Tu sprawdzam
Z tego czasem korzystam...
Zachowane w pamięci
Pomoc statystyka