piątek, 20 listopada 2009
Cytat z mojego pracowego klasyka nr 4
Przejrzałam wszystkie cytaty i widzę, że umknął mi jeszcze ostatni, który stał się hasłem-kluczem, po którym wszyscy chichotają. Wszyscy za wyjątkiem Bosa, oczywiście. Nasze comiesięczne spotkanie poziome. Siedzimy w konf, wszyscy ą-ę, Bos prowadzi spotkanie. Sięga po notatki, by odszukać i odczytać informację. Siedzimy w skupieniu i czekamy. Bos odnajduje papierki, przybliża je do oczu, oddala, nie może odczytać. - ja bardzo państwa przepraszam - mówi - ale muszę jeszcze sięgnąć po BICYKLE, nic nie widzę. Mięśnie twarzy uczestników napięły się nagle, ale nikt nie parsknął śmiechem. Kurtyna. Cytat z mojego pracowego klasyka nr 3
To jeszcze poniedziałkowy cytat z klasyka. - przyszła oferta na 1zl, ale udalo sie obnizyc cenę WTF? 50% od 1zl to 0,6? Jak powstają plotki
Bardzo prosto. Wystarczy, że Bos otworzy usta i przekaże komuś jakąkolwiek informację. Spotykam dziś w kuchni Wonderfula, który wita mnie tekstem: - słyszałem, że zajeździłaś samochód? Z serwisem rozmawiałam ja i Bos. Wonderful też z Bosem rozmawiał wczoraj. Ja przepraszam, ale przekląć muszę.
środa, 18 listopada 2009
Kwestia uporu
A'propos wycieraczek. Wczoraj przed pracą, w stresie przed-Kubusiowym, odebrałam z serwisu rzeczone auto zastępcze. Dusia jak moja, ale w starszej wersji. Nie czarna, tylko srebrna. Wersja caritas, choć z niezłym silnikiem. Musiałam poczekać chwilę, bo jeszcze przed samym odbiorem była myta i czyszczona. Wsiadłam do samochodu, próbowałam się w środku ogarnąć. Niby ten sam model, ale jednak dużo się zmieniło i moja Dusia wygląda całkiem inaczej. Ustawiłam sobie fotel i lusterka jak należy, przysznurowałam się pasami, odpaliłam światełka, potem silnik i ruszyłam. Prosto z serwisu wjechałam w korek, więc mogłam w dalszym ciągu rozpracowywać samochód. Nie ma podłokietnika, minus. Szyby na korbki, minus. I czemu ja przez szyby dziwnie widzę? Aaa, bo woda na nich. Włączyłam wycieraczki, lepiej. Włączam tylną - a tu nic. Zaraz. A może ja tym wichajsterkiem nie w tą stronę? Do siebie? Spryskiwacz. Hmm. Do góry? Przednie wycieraczki. W doł? Też przednie. To nie.. Może od siebie? No nie działa! Jeszcze raz próbuję i nic! Nawet nie drgnie! To jeszcze raz. Dalej nic. Przyglądam się uważnie tylnej szybie - ...JA PO PROSTU NIE MAM TAM WYCIERACZKI. Dusia jest chora
Chory człowiek zazwyczaj ma podwyższoną temperaturę, a Dusia odwrotnie. Dusia nie ma temperatury. Udało mi się wreszcie odstawić ją wczoraj do serwisu. Dostałam autko zastępcze (free, po długiej, bardzo asertywnej rozmowie), swoje miałam odebrać po południu. Dzisiaj okazało się, że trzeba będzie sprawdzić uszczelki pod głowicą silnika (albo coś w tym guście), bo sprawdzili wszystko, odpowietrzyli i dalej zima. Dusia zatem zostaje w serwisie pewnie na dobre kilka tygodni, skoro będziemy bawić się w pisma. A ja już za nią tęsknię. Zastępcze auto niby podobne, ale starsze i niepachnące. I niemoje. Sprzęgło za wysoko ustawione, w pedale gazu luz. I szyby na korbki. I nie ma wycieraczki z tyłu. Oddajcie mi moją Dusię!!!
wtorek, 17 listopada 2009
I po wszystkim. Kubuś Drążyciel był i sobie już pojechał. - pani Kresko, fantastycznie, ja myślałem, że już lepiej nie można, ale u pani ciągły rozwoj i ciagly krok do przodu! och, juz jestem ciekaw, co pani pokaże za rok! Balon ze stresem już jest pusty, a ja właśnie siłą woli zmuszam powieki do murgania.
poniedziałek, 16 listopada 2009
Kobieco
Normalnie mam dziś tak fantastyczny humor, że aż się sama sobie dziwię. Przecież za bardzo powodów do radości to ja nie mam. Ekhm, no nie do końca. Te kozaczki z wystawy wołały do mnie: "mamooo..." :-)
niedziela, 15 listopada 2009
Stara panna, ktoś być nią musi
Rodzicielka ustawia Brata do pionu. Odpytuje z postępów nad pracą dyplomową. Brat lawiruje i dyplomatycznie odpowiada na pytania, przecież dopiero w ten weekend zabrał się za wyszukiwanie literatury. - ty nie traktuj swoich studiow tak lekko - moralizuje - twoja dziewczyna juz sie obronila, a ty? nie mozesz miec nizszego wyksztalcenia niz dziewczyna.. To już nawet rodzony brat mi dogryza... Siedziałam sobie przy stoliku i popijałam zimową wersję herbaty, z g(w)oździkami i sokiem malinowym. Azylowa restauracja pusta, więc mogłam usiąść przy najlepszym stoliku. Siedziałam przy samym oknie, z widokiem na rynek. Na zewnątrz już panował mrok, kamienice subtelnie podświetlone dodawały uroku temu fragmentowi miasta, ktore widzialam za oknem. Taki widok jak z obrazka. Myślałam sobie o świętach, które nieuchronnie nadchodzą. Myślałam o tym całym plastikowym szczęściu, które za moment będzie się wylewać ze sklepów i ekranów telewizorów. Jak będzie w tym roku? Któż to wie. Będę musiała się napić, żeby się nie popłakać o północy. W każdym razie, siedząc sobie tak nad herbatką, pomyślałam sobie, że nie ma co planować z góry i zakładać. Za chwilę może ktoś podejść. Wracając do hotelu mogę spotkać kogoś, kto wpłynie na to jak będzie wyglądać reszta dnia. Go with the flow. Uśmiechnęłam się do siebie. A potem zadzwonił telefon z propozycją sylwestrowej zabawy. Uśmiechnęłam się do siebie jeszcze raz. A nie mówiłam? Ostatnie godziny wytchnienia przed 2dniową pracową masakrą. W środę chyba wezmę wolne. Po pierwsze, zeby ciut odpocząć, ale głównie po to, by dokończyć remont. W weekend nic nie zrobiłam. Wczoraj po zajęciach wróciłam do domu i usnęłam przy stole. Ja! Przy stole! Zjadłam późny obiad, położyłam głowę na rękach i... ciach. To oczywiście efekt tego, że wstałam po 4rano i od tamtej pory ciągle byłam w biegu, bez chwili na oddech. Nawet kawę po drodze piłam jednocześnie tankując samochód i czyszcząc kompletnie zabłocone reflektory. Dziś z Żyletą doszłyśmy do wniosku, że jeszcze przed żadną z wizyt Kubusia Drążyciela nie byliśmy tak wyluzowani. Ona nie przygotowana. Ja też w lesie. A Kubuś Drążyciel tuż tuż...
sobota, 14 listopada 2009
Myślałam, że coś wiem. Czytam przecież sporo mądrych książek i artykułów. Rozmawiam ze specjalistami w swoich dziedzinach. Potrafię poruszać się wśród skomplikowanych słów. Ale dzisiejsze zajęcia powaliły mnie na deski. Punkt izoelektryczny. Warstwy lameralne. Alkilobenzenosulfonian. Siarczan oksyetylenowany. Przecież tego się nawet nie da wymówić. Nie no, nie straciłam wiary, że dobrze zrobiłam idąc na te studia. Ale już pożegnałam się z myślą, że to będzie taka pestka i że pracę dyplomową napiszę gdzieś w drodze do azylu, jedną ręką, na kolanie.
czwartek, 12 listopada 2009
Jeszcze zanim dojechałam do Budyniowej, dopadła mnie nowina. Te brawa i oklaski (i cóż, że ze Szwecji) były podpuchą. Strzał był celny, może nie w 10, ale takie pewne 9. Trzeba mi znowu jechać i świecić oczami. A bateryjki mam kiepskie, przyznaję. Jeszcze jutro ostra jazda na azylowej ziemi, tym razem u Siwego. W weekend chyba już pierwsze zajęcia na studiach, w pn i wtorek audyt, a w srode mam lecieć do Dęblina. Tego w Zielonym Kraju. Nie chcę. Proszę, nie teraz. Nie dam rady. Za dużo pracy, za dużo się nawarstwiło. Wrócę do kompletnego pierdolnika na tydzień przed kolejnym bardzo ważnym audytem. Temat remontu i przeprowadzki przemilczę juz w ogóle. VETO. Czemu mnie nikt nie słucha? Zaspałam. Tak porządnie, bo wstałam o 8.00. Przypominam, że na 9 byłam umówiona na spotkanie w azylu. Nawet samolot by mi nie pomógł. Zadzwoniłam więc, przeprosiłam wszystkich, poskarżyłam się na samochód i obiecałam obecność o 13. Wrzuciłam walizkę do bagażnika i obrałam kurs na serwis samochodowy. [Krótka dygresja - w ubiegłym tygodniu naprawiane miałam popsute ogrzewanie w Dusi. Nawaliła chłodnica recyrkulacji spalin, albo coś w tym guście. W każdym razie kosztowało to (pracownię, fęk gad!) prawie 2tysie. W weekend odkryłam, że jednak ogrzewanie dalej mi nie działa. W poniedziałek zaspałam oczywiście, więc nie było opcji, żeby przed wylotem jechać na Ursynów do serwisu, a potem jechać do pracowni 2godziny. Przełożyłam zatem. Jadę więc do innego serwisu. Wpadam, zaraz po dzień dobry mówię, że się spieszę i żeby mi naprawili te spryskiwacze i sprawdzili czy koła dokręcone (bo w pamięci wciąż mam ubiegłoroczną historię). Poza tym oczywiscie nie dziala mi ogrzewanie i przy 2100obrotow silnik warczy bardziej, niz zwykle, ale to juz na wizyte reklamacyjna w moim serwisie. Pan kazal mi usiasc w poczekalni i napic kawy, ale ja nie moglam usiedziec. Jakoś niewiele się działo wokół mojego auta. A mi cenne minuty uciekały, tik, tak, jedna po drugiej... W końcu wyjechałam. Koła niby dokręcone, ale dalej mi dudnią, może to taka uroda moich zimowych kółek? Tylko zapomniałam? To w końcu do mnie bardzo podobne. To się stamtąd ewakuuję. Zresztą całkiem słusznie, jak się okazuje, bo w portfelu miałam jedynie euro i korony. Oraz 38groszy polskich. To jadę dalej. Na statoilu jest bankomat, wypłacę kasę i tam przy okazji kupię latte. Zajeżdżam, wysiadam i... w lewym przednim kole mam flaka. Bosko! Prawie się tam popłakałam. Gdybym tylko mogła, to bym się odwróciła na pięcie i poszła na przystanek, ale padało. Z tego też powodu nie potrafiłam sobie wyobrazić zmiany koła. Wzrokiem szukałam na stacji benzynowej ofiary, która by tą brudną robotę mogła wykonać za mnie. Ale pech chciał, że przy dystrybutorach tylko kobiety tankowały! I już miałam w mega-furii zdejmować czarny elegancki płaszcz i podwijać mankiety wyprasowanej na żyletę koszuli, by zapewne ze łzami w oczach wymieniać to pieprzone koło, gdy NAGLE, niespodziewanie dla samej siebie, odwróciłam się. A tam? SERWIS RENO!!! Ohoho! Nie ma gupich! To tylko kilkanaście metrów; podturlałam się pod samo wejście. Po czym przyszło mi czekać chyba 30minut w kolejce tylko po to, żeby zostać zaprowadzoną do pana Kazia, który mi to zrobi. Pan Kazio zmierzył mnie wzrokiem i z uśmiechem na twarzy, którego nie lubię bo znaczy mniej więcej pfff-kobieta-za-kierownicą! zapytał mnie: Koło mi zmieniono i pojechałam dalej, przyznaję, zastanawiając się, co mnie dzisiaj jeszcze czeka. Długo czekać nie musiałam. Marianna, my favourite!
Acha. Kupiłam ostatnio zachwalaną Marian Keyes. I całą podróż samolotem (w obie strony, za wyjątkiem startów oczywiście, w trakcie których skupiam się na przeżywaniu radości z tym związanej) prześmiałam się. Aż Kreatywny się zaciekawił i zaczął czytać mi przez ramię. Teraz już rozumiem te peany na jej cześć. "How to justify buying as many shoes as you want in 5 easy-to-follow steps:
Albo na przykład fragmencik o jetlagu: "I know a man who denies that jet lag exists. He regularly flies halfway across the world, marches off the plane after a twenty-seven-hour flight, goes straight into the Auckland office, pausing only to brush his teeth, and immediately starts barking orders and making people redundant. To ja sobie jeszcze dziś troszkę poczytam. Choćby malutki rozdzialik na sen. |
Archiwum
Zakładki:
... i jeszcze bliżej:
Audio, czyli namiętnie słucham:
Codziennik
Lubię wpaść z wizytą
Pod kluczem
Przeglądam czasem
Się zapoznaję dopiero
Teraz czas na... LEJDIS
Tu sprawdzam
Z tego czasem korzystam...
Zachowane w pamięci
|