wtorek, 09 lutego 2010
You come for my advice? Cause I left it in my other pants...

Nie wiem co mam powiedzieć Bratu. Po raz olejny wszysto, co przychodzi mi do głowy jest zbyt banalne.

Tydzien temu zauwazyl na plecach guzek. Poszedl do lekarza, ktory podejrzewal, ze to moze powiekszony wezel chlonny. W niedziele Brat odkrył jeszcze kilka innych guzkow. Dzis ten sam lekarz uznal, ze to juz jest niepokojacy objaw, bo w tych miejscach wezlow chlonnych nie ma, a biorac pod uwage ilosc roznych badan i naswietlan, ktore mial robione Brat, to niestety mozliwe, ze cos sie zaczyna pojawiac. Dlatego dostal skierowanie do szpitala, do histopatologa, bo to raczej nie sa zadne tluszczaki, kaszaki, itp...

Oczywiscie, Brat jest zalamany. Byl w kiepskim nastroju juz w weekend, a teraz? On juz sam mowi, ze ma tego wszystkiego dosyc. Ciagle jego stan sie pogarsza, a ma niewiele ponad 20lat.

Jeśli będę mu mówić, że to wcale nie muszą być komórki rakowe, zeby nie tworzyl czarnych scenariuszy, to nie bedzie chcial ze mna rozmawiac, bo uzna, ze mnie to latwo sie mówi, bo to nie mnie dotyczy i to nie ja idę z tym problemem spać i nie ja z nim się budzę. Z drugiej strony nie ma przeciez co zalamywac rąk, tylko trzeba na spokojnie, krok po kroku dojsc co to takiego i wziac sie za leczenie.

Rozmawiac, nie rozmawiac Sama nie wiem Musze sobie przypomniec jakich rad, w tej samej sytuacji, udzielal mi kiedys znajomy

Zycie to sie potrafi czasem posrać w najmniej oczekiwanym momencie...

poniedziałek, 08 lutego 2010

Gdy mi serce gwałtownie przyspiesza, albo zamiast 2x bije 1x, staram się nie popadać w panikę. Tłumaczę sobie, że nic się nie stanie, tego się nie leczy, z tym się normalnie żyje. Nie do końca jestem pewna, czy dobrze, że mam teraz wolny tydzień, bo może w pracowni tak bym się nie doktoryzowała nad swoim samopoczuciem.

Na szczęście dziś już mi szare komórki funkcjonują normalnie, do tego stopnia, że pojeździłam dziś na odkurzaczu, wypastowałam podłogi, pobawiłam się piekarnikiem i czuję się świetnie.

piątek, 05 lutego 2010

I czy tak nie mogłoby być zawsze? Ze się NIE chodzi do pracy, tylko do sklepu? Ewentualnie że się spędza czas na porządkowaniu mieszkania, rozpakowywaniu kolejnych opakowań z letnimi ubraniami i skręcaniem nowych mebli?

Jak się nazywa taki zawód, że powyższe jest wpisane w zakres obowiązków? Bo ja koniecznie chciałabym go wykonywać!

Moje obecne zajęcie chyba nienajlepiej na mnie działa, skoro widać to nie tylko po moim humorze, ale nawet na ekg. Okazuje się, że mam jakąś częściową blokadę jakiegoś tam pęczka nazwanego nazwiskiem (zapewne) odkrywcy, którego to nazwiska nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Czyli, że nie wydawało mi się, że serce mi wali, tylko ono naprawdę mi waliło. To trochę taka niespodzianka, bo wad serca przez ponad 30 lat nikt mi nigdy nie stwierdził, zawału też sobie nie przypominam, a to główne przyczyny tej blokady. No nic. Resztę urlopu, tfu! zwolnienia... będę zatem dociekać skąd mi się to to przyplątało.

I tak się zastanawiam, czy ja do środy na pewno się wyrobię ze zrobieniem reszty badań... Może powinnam przedłużyć zwolnienie o kolejny tydzień? Tylko, że wtedy by się skończyło 17 lutego, a mnie pasowałoby wziąć kolejne zwolnienie zaraz na początku marca, żeby się wykręcić od tego comiesięcznego poziomego spotkania. Pokombinuję jeszcze.

I zapomniałabym napisać, że własnoręcznie zrobiony karnisz z własnoręcznie kupionymi firankami i zasłonami już wisi. Moje mieszkanko jest coraz bardziej moje i coraz bardziej nie chce mi się stąd wychodzić.

23:48, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Komentarze (6) »
czwartek, 04 lutego 2010

Mam net! Mam! Nareszcie. I mam kiernaście kanałów telewizyjnych. Zatem - z nudów nie zginę.

Mam też zwolnienie lekarskie w ramach antidotum na głupotę moich pracowych kolegów. Nie mam już sił, po kolejnym poziomym spotkaniu i dzisiejszych rozmowach, które niby takie o niczym, ale demotywują okropnie.

Przykład: Drugi uświadamia mi, że ludzie wokół to debile bez odrobiny dobrej woli. Że na następne spotkanie wszyscy powinni napisać samokrytykę, jak za dawnych czasów, bo brakuje nam pokory.
- pokora jest bardzo ważna! bo gdybym tak na przykład przyszedł dziś rano do pracowni i ci przypier*lił z całej siły w jaja, to jaki byś miała do mnie wtedy stosunek
- ...najpierw musiałby pan długo szukać...

I dalej w tym stylu. Słowny mobbing. Zakończony zdaniem, które po raz kolejny moją pracę ustawiło w jedynym słusznym miejscu - koszu na śmieci.
Wszystkie certyfikacje on ma głęboko w dupie i czas się zastanowić, czy przypadkiem nie są to wywalone pieniądze, wystarczą nam same systemy. Bez certyfikatów.

Już ja to widzę. Oooo... Nie przepchnę z Bosem i Wonderfulem żadnej zmiany, bo jaki wtedy będzie cel zmian? Żaden. Po co wtedy robić te wszystkie rzeczy? Będzie można powywalać połowę dokumentacji i 80% ludzi z mojego działu. Łącznie ze mną, zapewne, bo wtedy te obowiązki będzie mógł robić szeregowy pracownik; po co mi płacić tyle pieniędzy?

Nie, wyjątkowo nie boję się zwolnienia. Raczej teraz tego nie zrobią. Ale pilnie muszę sprawdzić perspektywę czasową. I oczywiście rozglądać się wśród tej beznadziei za czymś nowym. Na bezrybiu i rak ryba, może nie ma co przebierać, tylko spierniczać z pracowni w podskokach?

W każdym razie wkurzyłam się fest, pojechałam do lekarza po zaświadczenie na studia, a wyszłam z zaświadczeniem i zwolnieniem. Będzie wreszcie okazja wyjaśnić, czemu serce mi się szasami szarpie. Pewnie to zasługa ciągłych nerwów.

01:15, kreseczka78 , Pracownia
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 01 lutego 2010

Myślałam, że jak się przeprowadzę, to we śnie którejś nocy odwiedzi mnie Ojczulek.

Tak się nie stało. Jeszcze, mam nadzieję.

Ostatnio zaczynam chyba rozumieć co to znaczy, ze czas przynosi w pewnym sensie ulgę. Rozpacz jest mniejsza, to fakt. Dużo częściej wspomnienia są bardziej pogodne, ciepłe, takie z uśmiechem.

Ale tęsknota się nie zmniejsza. Żal i ból też chyba się nie zmienił. Są pewne miejsca, które też przywodzą na myśl tylko jedne wspomnienia.

W drodze z pracy do domu mijam najpierw szpital, w którym Ojczulek zmarł. Budynku nie widać wprawdzie z samochodu, ale wzrok sam mi wędruje w tamtym kierunku, bez względu na porę, o której jadę. Czy jest to ranek, czy późny wieczór. A jeśli jeszcze mijam karetkę...

Potem, praktycznie tuż pod domem, jest szpital, w którym Ojczulek był diagnozowany. Tyle razy chciałam wejść do środka, kupić sobie w automacie kakao... Ale jakoś nie mogę. Nie potrafię się z tym jeszcze zmierzyć. Z tym ciepłym wspomnieniem, gdy odwiedzany Ojczulek za każdym razem odprowadzał mnie do drzwi szpitala, odciągając moment pożegnania zawsze wtedy proponował jeszcze kakao z automatu, zamiast kawy, której pić już nie mógł.

W tą niedzielę poszłam po wodę do źródełka oligoceńskiego, które jest tuż obok tego szpitala. Patrzyłam w okna sali. Nikogo tam nie było, nikt nie odprowadzał mnie wzrokiem. Ojczulek na pewno nigdy nie przypuszczał, że kiedyś będę tu często przychodzić po wodę na kawę; tak samo jak nie myślałam o tym ja.
Ale o czym on wtedy myślał? Patrząc w sufit szpitalnej sali, gdy nie mógł spać?

Nie zapomnę tej radości na jego twarzy, gdy pewnego wieczoru, już po 22, wpadłam do szpitala po raz drug tego samego dnia, przywożąc mu film do obejrzenia. Już jak wyszłam, wysłał mi wiadomość "córcia, dzięki za film i za to, że wpadłaś. dobrej nocki kotku"

Nie przypuszczałam wtedy, że tą wiadomość będę wspominać z takim rozrzewnieniem.

Wciąż tak bardzo chciałabym móc obudzić się w rzeczywistości sprzed 2 lat.

Wczoraj, gdy siedziałam u siebie nad laptopem (bez netu) miałam ogromną, nieodpartą wręcz chęć podzielenia się moim aktualnymi przemyśleniami na temat mojego pomieszkiwania. Dzisiaj, kiedy mam odrobinę czasu, ale przede wszystkim - mam net, jakoś mi przeszło. Zaskakujące, prawda?

W każdym razie w środę przychodzi do mnie spec, który mi wszystkie kabelki połączy i nie tylko będę mieć net, ale nawet telewizję-bez-śniegu. Szaleństwo.

Tymczasem pomału osiadam na tych moich nowych metrach kwadratowych. Powoli zaczynam się czuć jak u siebie. Tylko jeszcze nie zawsze się potrafię odnaleźć. Bo na przykład zabrałam 2 obieraczki do warzyw, ale ani jednego korkociągu (których przecież mam z 5). Ponadto niedokładnie oszacowałam pojemność mojego nowego regału na książki i okazuje się, że mogę zabrać kolejną część najbardziej-potrzebnych-książek.

Acha. Nocny stoliczek zmalał. Zostały już tylko 2 kartony, o sprawia, ze nie do końca spełnia swoją funkcję. Będę się musiała rozejrzeć za czymś normalnym.

A tymczasem chwilowo przebywam w azylu.

I zasluchuję się w ostatniej płycie Kayah. Tytułowy singiel znam na pamięć już i w samochodzie spiewam ile tylko pary w płucach. Czuję się tak.

20:48, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Komentarze (2) »
piątek, 29 stycznia 2010
Zoo :)

Pracownię nawiedzili goście. Jakaś delegacyjka zagramaniczna. Jak tylko Kreatywny uslyszal rozmowy w holu i to, ze Pedant zaglada z nimi do każdego pokoju po kolei - podsumował krótko:

- kur...a, znowu zoo...

Bo faktycznie czasami tak się czujemy, jak w zoo.

W tej klatce mamy dwa okazy, jeden robi to, drugi tamto. Proszę dygnąć teraz, łapkę podać. O, grzeczne zwierzątka...

11:28, kreseczka78 , Pracownia
Link Komentarze (5) »
Brakuje mi czasu

To oczywiście nie jest odkrywcze stwierdzenie, bo gdybym tak przejrzała swoje zapiski, to średnio raz w miesiącu o tym piszę (bo myślę o tym prawie codziennie).

Brakuje mi czasu w pracy, zeby podoganiać te ogony, które porobiły mi się przez ostatnie urlopy. Dodatkowo, praca mi się trochę spiętrzyła w związku z koncem roku, ktory trzeba podsumowac, zrobic z cyferek tabelki, wykresy, a z nich - pińcset prezentacji. Do tego jeszcze ten smrodek, który wciąż wisi w pracowni, a który na mnie działa jak prawdziwy demotywator.
Ale się nie daję. Jeszcze.

Brakuje mi też czasu w domu. Wracam zmęczona i jedyne na co mi starcza siły, to jakieś małe gotowanie i kąpiel. Potem loguję się do łóżka i śpię. Tuż przed snem patrzę jeszcze na te moje zzipowane kartony z książkami (które wciąż służą mi za nocny stolik) i obiecuję sobie, że następnego dnia zajmę się nimi.
A potem każdy kolejny dzień wygląda tak samo - pobudka, 872 drzemek, pośpiech, śniadanie w biegu, rzęsa malowana w samochodzie na światłach, praca, praca, praca.

Jestem w takim biegu, że mimo, że dzisiaj postawiłam sobie przy drzwiach butelkę do napełnienia wodą oligoceńską (w drodze z pracy do domu), to znowu jej zapomniałam zabrać. Jutro chyba będę musiała sobie ją od razu rano przywiązać do szyi.

A. Nie. Przecież jutro sobota i nie idę do pracy.
Heh. Nie idę...?

09:08, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 stycznia 2010

Do wizyty Kubusia Drążyciela jestem przygotowana mniej więcej (przy czym - raczej mniej). Papiery mam przygotowane, a jeśli nie mam przygotowanych - to gotową mam wymówkę. Będę rzeźbić, trudno. Wyjątkowo jakoś mnie to nie przeraża. Luz. Oby nie było to tylko ciszą przed burzą...

To, co myślałam, że zajmie mi pół weekendu (a czego w rzeczywistości nie tknęłam palcem nawet, bo krowy trzeba wydoić przecież i koniczynę zasadzić, zeby mialy z czego to mleko robić, nie? o marchewce dla królików i kukurydzy dla kur nie wspominając...) zajęło mi dzisiaj 4h. Mogło zająć 2, ale dzisiaj przecież też trzeba wydoić i jajka zebrać.

Byłabym żwawsza, słowo. Gdyby nie te temperatury za oknem. Bo ja mam w sobie coś z niedźwiedzia. Jak tylko temperatura spada poniżej -20 to ja zapadam w jakiś sen. Taka hibernacja jakaś chyba. Ruchy mi się spowalniają, senna jestem, nieogarniająca.

Bo na przykład dziś po wyjściu na zewnątrz pracowni, w ciągu dnia, musiałam naocznie sprawdzić czy mam spodnie. Bo miałam wrażenie, ze ich jednak nie mam. Tylko, że w rajtkach poleciałam do pracy.

No ale to zasługa tego, że w ciągu dnia było tu -31. A mogło być gorzej. Bo jakbym tak była dziś u Siwego, a nie u Budyniowej, to bym miała jeszcze 1stopień mniej.

Oby do wiosny.

20:03, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Dodaj komentarz »
Poranki w azylowych stronach...

...bywają piękne:

...bardzo słoneczne:

i CHOLERNIE zimne!

sobota, 23 stycznia 2010

No jakaś masakra jest! Zegar tyka, czas zapiernicza, a ja w dalszym ciągu nie rozgrzebałam nawet moich pracowych papierów. Będzie jęk i zgrzytanie zębów, oj będzie...

Czemu mi się nie chce? No czemu? Co się stało z moim poczuciem obowiązku? Z dyscypliną?

Żeby mi sie chciało tak, jak mi się nie chce...

21:29, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 stycznia 2010

Obróciłam do azylu i spowrotem, zaliczając awarię Dusi. Znowu popuściła płyn chłodzący... Oddałam ją do naprawy chyba już 3ci raz, w zamian otrzymałam tą samą siostrzyczkę Dusi co ostatnio - czyli romans trwa! :)

Ale nie o tym chciałam.

Bo ja dojechałam, ale nie dojechałam. Mentalnie chyba jeszcze nie dojechałam, bo nie jestem w stanie skupić się na pracy, której mam całą masę, a na dodatek mam też dedlajn (w ten wtorek!). Szał po prostu.

To ja może zacznę od kawy?

15:29, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 stycznia 2010
Wywiad

- jak bede w Suwałkach, to spotkam się z moją byłą - mówi Kreatywny - pracuje w firmie X, ma kontakty do firm, z ktorymi i my moglibysmy wspolpracowac, zamierzam od niej tą listę z nazwiskami i telefonami wyciągnąć!
- a nie sądzisz, że ona wstanie i wyjdzie? - pytam
- sądzisz, że tak szybko się ubierze? :)

Kurtyna.
Ludowe powiedzenie się sprawdza. Nie wierz nigdy żadnemu mężczyźnie, bo to cukierek maczany w truciźnie.

Szybki update

Bardzo stresujące mam te ostatnie kilka dni.

W niedzielę udało się szczęśliwie przeprowadzić, przy monotonnym wtórze babci o tym jak ja sobie nie poradzę, jak to zatęsknię, jak to będę żałować. Starałam się to ignorować, puszczać mimo uszu, grunt to nie dać się sprowokować, przecież nie chcę awantury na do widzenia... Nawet myślałam o tym z pewnym zrozumieniem, bo to może jedyny sposób w jaki babcia moze okazywac zal, ze sie wyprowadzam. Moze juz teskni i chcialaby, zebym zmienila decyzje, ale robi to nieudolnie, uzywajac w jej mniemaniu najlepszych argumentow.
Gdy z ostatnim tobołkiem wychodziłam z domu babcia powiedziala, ze chce jej sie plakać. Mnie się nie chciało, nawet z pewną ulgą zamykałam za sobą drzwi.

W moim domu niewiele udało mi się rozpakować. Część ubrań wciąż w walizkach, nie mówiąc o książkach. Pierwszego snu nie pamiętam, śniła mi się cała masa różnych rzeczy, ale zapamiętałam tylko jeden wątek, a tak naprawdę to zapamiętałam to, co pomyślałam sobie, gdy w środku nocy na chwilę się przebudziłam - bohaterka mojego snu, nie ja, wracała w podskokach i z radością do rodzinnego domu; pomyślałam wtedy, że widać i mnie niechybnie czeka taki los.
Rano naturalnie miałam już zupełnie inne podejście i do snu, i do interpretacji, ale...

Cóż, nie jest wcale tak łatwo przyzwyczaić się do mieszkania samej. Trudno też oczekiwać, że po tylu latach mieszkania z rodziną, nagle z dnia na dzień przestawię się i odnajdę w nowej sytuacji. Próbuję, staram się, planuję sobie tak zajęcia, żeby się nie nudzić, żeby sobie nie psuć nastroju. Mam tylko problem z oswojeniem sobie okolicy. Nie czuję się bezpiecznie, bo nie mam w sobie poczucia bezpieczeństwa. Każdy hałas sprawia, że włosy mi się jeżą. Zastanawiam się co powinnam zrobić, gdyby ktoś wyłamał drzwi, albo gdyby mnie zaczepił, gdy wracam wieczorem do domu. Smieci wyrzucam rano, bo wieczorem boję się wyjść za drzwi zrobić 5 kroków do zsypu. Normalnie korba mi odkręca, ale też wiem, że potrzebuję czasu. Przyzwyczaję się do różnych hałasów i porannego przepychania zsypu nie będę interpretować jako próby włamania.

Może byłoby mi łatwiej, gdyby w pracy był spokój. A tymczasem w pracy bardzo nieprzyjemnie, bardzo. 2 dni ciężkich rozmów, niefajnych sytuacji, konfrontacji i ogromnego stresu. Ale o tym będzie innym razem, jak sama sobie w głowie różne rzeczy poukładam.

09:54, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Komentarze (8) »
niedziela, 17 stycznia 2010
Czy to możliwe?

Zebrałam tylko najpotrzebniejsze książki i drobiazgi, powyciągałam z szaf ubrania i... nie mogę tego wszystkiego spakowac w dostepne mi akcesoria
Na przedpokoju stoi 6 ciezkch kartonow, 4 walizki tez juz podomykane, a ja wciaz koszule i garniturki mam na wieszakach, posciel tez jeszcze czeka w kolejce na pakowanie, nie wspominając o suszarce, kosmetykach, butach

Jak ja to wszystko zgromadzilam? Czy to mozliwe, zeby miec az tyle rzeczy? W swojej naiwnosci sądziłam, że skoro nie wszystko muszę od razu zabierać, to przeprowadzę się w 5 minut

Ja nie wiem, jak ja się dzisiaj przeprowadzę... A na samą myśl o dźwiganiu tego wszystkiego z domu do samochodu i potem znow do domu, to mi sie chyba odechciewa...

11:20, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 177
Zakładki:
... i jeszcze bliżej:
Audio, czyli namiętnie słucham:
Codziennik
Lubię wpaść z wizytą
Pod kluczem
Przeglądam czasem
Się zapoznaję dopiero
Teraz czas na... LEJDIS
Tu sprawdzam
Z tego czasem korzystam...
Zachowane w pamięci
statystyka