środa, 27 lipca 2016

Więc tak, to chyba jednak prawda, że jak jest dobrze, to się mniej pisze. Ja piszę mniej, bo mam mało czasu, w pracy i po pracy.

Od września czekają mnie nowe pracowe obowiązki, których nie przyjęłabym gdyby nie kusząca finansowa propozycja. Mam więc miesiac, żeby część rzeczy przerzucić na kogo-się-da i zrobić sobie luz na nowe obowiązki.

Po pracy jest dobrze. Tulipan pomieszkuje, czasem ja pomieszkuję u niego. Przy okazji rodzinnej stypy poznałam całą jego rodzinę i przyznać muszę, że dobrze się czuję, prawie jak ze swoimi.
No i, choć o tym wprost nie rozmawiamy, próbujemy się starać o potomstwo, z marnym skutkiem. Dziś liczyłam, że wreszcie zobaczę te dwie kreski, skoro okres mi się 3 dni spóźnia (a zwykle bywa jak w zegarku), ale nic z tego. Chyba czas pójść na jakiś przegląd techniczny.

A poza tym zupełnie bez zmian. Jak byłam roztargniona, tak jestem. Dziś na przykład wyrzuciłam siateczkę ze śniadaniem do pracy, razem ze śmieciami, które rano wyrzucałam.
A były śliweczki i brzoskwinie.
Smuteczek.

poniedziałek, 06 czerwca 2016

Jestem sobie słomianą panną tymczasowo, jako że Tulipan wybył zagranicę. Jeszcze przed wyjazdem zdążyłam poznać część jego rodziny i byłam u Pani Matki w domu, oficjalnie, na obiedzie.
Chyba zostałam dość szybko zaakceptowana, skoro gdy tylko Tulipan wyjechał, to Pani Matka wpadła na pomysł, że skoro mam klucze od Tulipanowego rancza (które de facto rodzinne jest), to możemy się wybrać tam razem.
Tulipan zadzwonił do mnie i się kajał, że w sumie to on się wcześniej mnie nie zapytał, ale jeśli będę na działce, to może mogłabym i jego mamę zabrać...

Jako, że miałam podlać pomidory, powyrywać rzodkiewkę i sałatę, a jego mama niedawno zaliczyła bliskie spotkanie z glebą i nie może prowadzić samochodu (ale wiaderka z wodą przydźwigać może), to pomyślałam.. w sumie, czemu nie.

No i pojechałyśmy w weekend tam razem. Było fajnie, dość swobodnie się nawet czułam.
Aż do pewnego momentu- gdy ona poszła do rodziny, a chwilę potem przyszedł wujek Tulipana i kategorycznie oświadczył, że mam tam do nich dołączyć, bez dyskusji. Fortelu niezłego użył, żeby mnie z ogródka do bramy przywołać - wołał mnie i pytał, czy ten samochód przed bramą to na sprzedaż. Raz i drugi mu odkrzyknęłam przez pół pola, że nie, ale gdy mi kazał do bramy podejść to już się przestraszyłam, że może na jaką miedzę wjechałam, albo krzywo stanęłam i się obywatelski obowiązek w jakim sąsiedzie obudził.
Śmialiśmy się potem z tego wszyscy, a najbardziej jego żona, która stwierdziła, że widać nawet w tym wieku to on sobie "kobitę' raz dwa przygruchać może.
Ogarnęłam więc trochę roztrzepany włos oraz ręce wyjęte z ziemi i dołączyłam do reszty rodziny.
Przy stole było gwarno, ciocie, kuzynki szwagry, ich dzieci... Przedstawiłam się imieniem, ale dziwnie mi tam było, choć miło przecież.
Pewnie Pani Matka przedstawiła mnie wcześniej tej reszcie rodziny, która mnie jeszcze nie widziała. Mam nadzieję, ale i tak dziwnie mi było i już.
Chociaż samo spotkanie było naprawdę sympatyczne i czułam się niemal jak wśród swoich. Tyle, że bez Tulipana to byłam jak to piąte koło u wozu.

Wieczorem w rozmowie powiedziałam Tulipanowi, że rzucił mnie na głęboką wodę.
- co zrobisz... jak ci chłop do pracy wyjechał
- no, to niech ten chłop wraca!

Dobrze, że ten projekt już niedługo się kończy, tyle, że ja akurat wtedy wyjadę i będziemy mieć wspólny tylko 1 wieczór. Potem znowu wyjazd, na prawie 2tyg.

Źle tęsknotę znoszę. Ja bym już chciała lipiec mieć!

środa, 18 maja 2016
Ach, jak przyjemnie

Ponoć jak się jest szczęśliwym, to nie ma o czym pisać, bo jest dobrze i jest nuda.

Jest to jakiś argument, choć ja nie piszę tu tak często jak bym chciała, głównie ze względu na spory deficyt czasu.

Ale stan szczęśliwości też pewnie nie jest bez znaczenia, bo ja i owszem, szczęśliwa jestem. Tulipan sprawia, że tak właśnie się czuję. Gdzieś mu chyba jakaś klapka przeskoczyła i jest tak, jak być powinno. Skończyły się zmiany planów bez uwzględniania mojej opinii. Kuzyn, który tak mieszał, miesza jakby mniej i jakby częściej liczy się z tym, że ja i Tulipan chcemy spędzać czas razem. Może po prostu się dowiedział, że jestem?

Tak czy siak, jest dobrze. I choć parę miesięcy temu myślałam, że może Tulipan po prostu tak ma, że może on inaczej nie potrafi i że muszę to zaakceptować, to jednak nie.

Jak facet chce, to potrafi.

Potrafi zrezygnować z miesięcznego zagranicznego projektu, żeby spędzać wieczory ze mną. Potrafi przytulać, całować, dotykać z taką częstotliwością jakiej potrzebuję.

To pewnie kiedyś jakoś minie, zmieni się, spowszednieje, ale póki co cieszę się takimi chwilami jak dzieciak.
Każde wspomnienie, każdą piękną chwilę pakuję w ozdobny papier, przewiązuję wstążeczką i ustawiam ostrożnie na półeczce.
W złych chwilach będzie to mój osobisty powerbank.

wtorek, 10 maja 2016

Nareszcie! Po wielu latach okupacji przybalkonowych drzew przez sroki, które niemiłosiernie terkotały bladym świtem, nareszcie! W gnieździe przy moim balkonie zamieszkały skowronki! Co za poranki mam teraz! Okien nie trzeba otwierać, ale gdy się wyjdzie na balkon, przeciągnie kości, wygrzeje twarz w budzącym się słońcu i jeszcze posłucha tego świergotania, ach!

Kocham maj. Nieustannie.

Truskawki mi już kwitną, konwalia po 2latach lenistwa znowu wykiełkowała, białe surfinie pachną obłędnie wieczorami, no i teraz te skowronki! Muszę poczytać co tu zrobić, żeby tak im się tutaj spodobało, by wróciły za rok.

 

piątek, 29 kwietnia 2016

Za dwa tygodnie chrzest Młodej. Ponieważ zwycięskiego składu się nie zmienia, to -podobnie jak Juniorkę- Młodą też będę wspierać w roli MatkiKrzestnej, mając u boku tego samego kuma.

Fajnie, cieszę się bardzo, bo to wyraz dużego zaufania, a przynajmniej ja tak to odbieram.

Prezent w szczegółach niewymyślony, ale będzie klasycznie i mam na to jeszcze chwilę. Najgorzej idzie mi z wyborem białej szatki. Takie cuda teraz można kupić! A ja jak ten osiołek między pełnymi żłobami...

No i jeszcze 'szatka' dla mnie. Mam wrażenie, że kiedyś kupowanie ciuchów i butów szło mi lekko, a teraz dzielę włos na czworo. Jakąś kieckę mam, jedną kupiłam, ale nie wiem czy nie jest zbyt ...banalna. Bo to niby sukienka, prosta w kroju, ale z grubej bawełny, więc czy to pasuje? Jak nic innego nie znajdę, to będzie musiało!

I buty jeszcze. Marzą mi się takie jasnoszare obcasiki fajne, ale muszę gdzieś upolować fajny fason.
To w kolejny weekend może.

Tagi: rodzinnie
18:12, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 kwietnia 2016

Czas bardzo szybko biegnie, coraz szybciej. Czas beztrosko wolny skurczył mi się do absolutnego minimum. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że prawie miesiąc tutaj nie zaglądałam.

I to nie tak, że nie mam o czym pisać, bo jest dobrze. Dobrze bywa, ale nie zawsze. Problemy rodzinne związane z Babcią są i uwierają jak kamień w bucie. I chciałabym to wszystko opisać, te wszystkie nerwy, które mną targają, tylko czasu brak, żeby to w sobie 'rozbebrać' i tutaj przelać. A szkoda. Bo dużo różnych niuansów jest, które pewnie z czasem mi gdzieś umkną. Do tego różne moje zdrowotne jazdy pod górkę, a na deser moje docieranie się z Tulipanem...

No nic. Może jakoś wreszcie zorganizuję ten mój chaos i znajdę czas, żeby tutaj zaległości też ponadrabiać.

 

Tagi: refleksje
15:09, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 marca 2016

Urlop, urlop i po urlopie. Góry cudne, śniegu jak w bajce, towarzystwo wyborowe, tylko czasu za mało.
Działo się tyle, że ledwie się obejrzeliśmy, a trzeba było wracać. Czas szczelnie wypełniły zabawy z Juniorką, lepienie bałwana, robienie orła na śniegu, imprezowanie jak dzieciaki padły, spacery po mieście i górach, imprezy oraz spacery. I imprezy. I harce. No działo się.
Odkrycie tego wyjazdu - w górach wciąż nie ma kaca i można bezkarnie mieszać alkohole.

Coraz częściej myślę o tym, że muszę znaleźć jakieś intratne i bardzo dochodowe zajęcie. I to takie, żebym miała dużo wolnego czasu i mogła odpoczywać kiedy chcę i gdzie chcę.

A Tulipanowa bajka trwa.
I trwa mać!

:)

niedziela, 28 lutego 2016

Wszystko wskazuje na to, że jutro wieczorem zaczynamy wspólne wakacje. Pierwsze wspólne.

Oczywiście lekko nie było. Tulipan najpierw chciał, potem nie mógł, potem znowu mógł, aż w środę się okazało, że jednak nie może, bo praca jednak jest. Nie byłam już zaskoczona, bo zdążyłam się przyzwyczaić, ale tak, byłam zła. Wydawało mi się, że dałam mu wolną rękę do podjęcia decyzji, ale złudzeń mu nie zostawiłam, czym będzie odwołanie wakacjo-ferii.

W czwartek, zgodnie z planem, wszystko się wyjaśniło i Tulipan potwierdził, że jedziemy. Ucieszyłam się bardzo, on chyba też, choć przedstawił mi to tak, jakby nie on tylko za niego kuzyn podjął decyzję. Nieważne. Jedziemy razem.

Przez chwilę było ryzyko, że faktycznie będziemy sami, bo córki mojemu Bratu się pochorowały. I z zaskoczeniem zauważyłam, że Tulipana to trochę ...zdenerwowało? Tak jakby mi chciał powiedzieć "to ja tu na rzęsach staję, a oni nie jadą?!"
Nic nie powiedział, ale tak to odebrałam.

Nie wiem. Może to tylko złudzenie takie, że coś nie halo. Wczoraj nie bardzo udało się porozmawiać, ale to akurat przeze mnie, dziś wymieniliśmy po jednej wiadomości, no ale może poszedł spać, skoro świtem wyrwał się na polowanie.

No nic, zobaczymy. Na razie to mam parę rzeczy do zrobienia w kuchni i przede wszystkim walizkę do spakowania.
Po prawie 4 latach wracam w góry!

poniedziałek, 22 lutego 2016

Temat babci wciąż spędza sen z powiek. Niby jest zaopiekowana, niby wszystko ok (choć wiadomo, dni ma raz lepsze, raz gorsze, raz jest słodka jak babcia z obrazka, innym razem dostaje zastrzyki na uspokojenie), ale wciąż jest niepokój.

Martwię się ja i martwi się Rodzicielka. To na nią spadł ciężar rozmów z rodzeństwem, co łatwe nie jest. Niby ma wsparcie w starszej siostrze, ale ona też już podpytuje do kiedy babcia tam będzie albo sugeruje że na wiosnę babcię weźmie syn, potem młodsza siostra, później ona...

Finansowe obciążenie jest duże. Babci marna emerytura ledwo starcza na leki i pieluchy. A pobyt wraz z rehabilitacją kosztuje więcej niż średnia krajowa.
I już myśleliśmy, że uda się choć na rehabie zaoszczędzić, bo państwowy lekarz wyraził zgodę na tzw rehabilitację domową, ale za to zgody nie wyraził ośrodek.

Trzeba będzie próbować chyba szukać jakiegoś enefzetowego miejsca, bo kto wie ja długie życie pisane jest babci.

Gdy składałam jej urodzinowe życzenia, była pogodna i uśmiechnięta. Trochę tylko wycofana, ale to pewnie przez leki uspokajające.
- wiesz... ja to bym już chciała umrzeć... ja się męczę, wy się męczycie... - powiedziała po chwili

Tak sobie myślę, że ta starość to się naprawdę panu Bogu nie udała. Chciałoby się, żeby babcia mogła się cieszyć wnukami, dziećmi, wolnym czasem, a tu nie tylko zdrowie szwankuje, ale i głowa czasem odmawia posłuszeństwa.

Babcia się męczy, męczymy się my. Bo każdy telefon, każde jej gorsze samopoczucie to nerwy. Każde jej protesty, krzyki, że ją chcą otruć, otwieranie pampersa w poszukiwaniu nie wiadomo czego, to wszystko rozrywa w środku. Bo to przecież moja babcia. Ta, która mnie za rękę prowadziła na spacer, z którą po nocy gawędziłam w łóżku, ta która dawała w kość, ale przynajmniej świadomie. A teraz tak potrafi się pogubić...

Nie wyobrażam sobie tego, że babcia mogłaby w takim stanie wrócić do domu, do Rodzicielki. Wymaga już całodobowej opieki, czasem pielęgniarki na pstryknięcie palcem, właśnie po to, żeby podać zastrzyk wyciszający albo przeciwbólowy.

I martwi mnie to jak bardzo tym wszystkim przejmuje się mama. Tym jak to zorganizować, tym żeby były pieniądze na kolejną wpłatę. Męczy ją to, że musi prosić rodzeństwo o pomoc. I gnębią ją myśli, że oni teraz o niej myślą jak o niewdzięcznej córce, z którą matka całe życie mieszkała, pomagała, a jak nie może, to ją oddano jak popsuty telewizor.
A mama na dodatek z tym wszystkim sama jest. Tak to by choć z Ojczulkiem porozmawiała, wsparcie od niego dostała. Ja czy Brat też ją wspieramy, ale to przecież jest zupełnie co innego.

Chciałabym móc coś zrobić, żeby w tej sferze emocji coś zmienić. Wsparcie finansowe to nie wszystko. Nawet gdybym ja sama płaciła za wszystko, to problemy związane z emocjami pozostaną.

Ciężki czas.

wtorek, 16 lutego 2016

Wypity wczoraj drink sprowokował między nami długą i poważną rozmowę. Zaczęło się od pierdoły, która we mnie odkręciła kranik ze łzami. Pierdoła, bo sama wiem, że nadreagowałam, ale też w kontekście wszystkich wcześniejszych słów, miałam prawo sobie tak, a nie inaczej pomyśleć.

To była druga taka rozmowa o emocjach i uczuciach. Usłyszałam to czego potrzebowałam - że go fascynuję, dlaczego go fascynuję, że problem jest w nim, że wciąż wierzy, że poczuje taką miłość przez duże 'm', bo to jest dla niego warunek zobowiązań na całe życie. Takie rozmowy są dobre. Bo można sobie wyjaśnić wiele nieporozumień i niedorozumień. Ja źle zinterpretowałam to co mówił o małżeństwie, on zrozumiał, że ja chcę żeby mi się już teraz oświadczał.
Nawzajem byliśmy zaskoczeni tym jak i dlaczego to drugie myślało to co myślało. A ja byłam zaskoczona tym, że związek i relacja między nami, jego zdaniem, zaczęła się w 2014 roku.

Gdzieś koło 2giej uznaliśmy, że temat jest omówiony i można iść spać.

- pościelesz mi tutaj? - zapytał Tulipan, wskazując na łóżko w pokoju, na którym kiedyś sypiałam ja, gdy on spał w mojej sypialni
- tutaj??? - byłam szczerze zdziwiona
- no bo może nie chcesz spać ze mną...
- jednak mało mnie jeszcze znasz - zaśmiałam się - ja nigdy nie chodzę spać pokłócona, chodź! - kiwnęłam ręką i poszliśmy godzić się w sypialni.

Dziś rano Tulipan odprowadzał mnie do drzwi, gdy wychodziłam do pracy. On wraca na parę dni do siebie, bo ja za moment pojadę do azylu i oboje wracamy do domu w piątek. I gdy żegnaliśmy się na te kilka dni, zapytał z miną zbitego psa:
- ale zadzwonisz do mnie jeszcze?
- ale kiedy?
- no... w ogóle...

Roześmiałam się w głos. Cieszę się, że potrafimy spokojnie rozmawiać o emocjach i tych wszystkich innych trudnych rzeczach.

poniedziałek, 15 lutego 2016
Łyżka dziegciu w Walętynkach

To był całkiem miły dzień. Dostałam moje ulubione frezje, zgodę na słuchanie romantycznych ballad podczas gry w planszówkę. Było bardzo miło, bez napinki, bez fanfar. Tak zwyczajnie miło.

Ale przez chwilę zrobiło mi się przykro. Wtedy gdy w walentynkowy wieczór rozmowa zeszła na formalne związki, małżeństwa i dzieci. I gdy Tulipan stwierdził, że on nie wyobraża sobie, jak można komukolwiek przyrzekać i składać deklaracje na całe życie. Że on jest facet i nie ulegnie żadnym naciskom, jak niektórzy jego koledzy, i on nie ożeni się, żeby nie być starym kawalerem. I że na żadne kompromisy chodzić nie będzie. Jeśli coś nie będzie grało, to nie będzie grało i kropka. Nie będzie żadnego "jakoś to będzie", "dotrzemy się", itp. A poza tym przecież może się w trakcie zakochać w kim innym.

Zamurowało mnie. Zaczęłam szybciej mrugać powiekami, żeby nie zauważył, że mi się oczy zaszkliły.

-no cóż... to chyba powinnam ci życzyć powodzenia w tych poszukiwaniach... - powiedziałam. Tulipan nie skomentował.

Za to ciągnął dalej. Że dzieci też mieć nie chce. No chyba, żeby od razu miały co najmniej 7 lat. Wprawdzie gdzieś tam w środku czuje, że nie chciałby być sam, ale deklaracje? Ani tyci. I dodał, że pewnie nie powinien był mi tego mówić, bo żaden facet do tego się nie przyznaje, a on tak w przypływie "chłopięcej szczerości" mi wypaplał i że lepiej byłoby gdyby mi naopowiadał tego, co ja chciałabym usłyszeć.

Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Uciekłam do kuchni zmywać naczynia. Potem poszłam do łazienki i tam sobie popłakałam. Miałam ochotę wyjść stamtąd i się słowem do niego nie odezwać never ever, ale po chwili refleksji pomyślałam, że to niczego nie zmieni.
Bo o co mi chodzi? Facet mi powiedział szczerze co myśli. Przecież nie mogę mieć pretensji do niego o to, co on myśli. To MNIE jest źle z tym co on mówi, bo ja wyobrażałam sobie to wszystko inaczej. I że to wszystko w zasadzie ustawia naszą relację w kategorii friendswithbenefits. Co z tym zrobię? Decyzja należy do mnie. Wczoraj byłam bardzo oszołomiona tym, co usłyszałam i znowu zapomniałam, ze powinnam mu powiedzieć jak ja się z tym czuję. I dlaczego mi tak paskudnie.

Udało mi się wrócić do pokoju bez śladu łez. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę o tym wszystkim. Tulipan uzupełnił, że jemu też jest z tym wszystkim źle, że on też by chciał tak ot po prostu, jak mój brat w wieku 20-paru lat wziąć ślub i mieć dwójkę dzieci, ale nie potrafi tak, a im dalej od 30tki, tym trudniej, bo człowiek nabiera własnych przyzwyczajeń, a i do ryzykowania coraz mniej skłonny.

Przytulał mnie tak, że zapomniałam o tym, że mi smutno.

A przez ułamek sekundy, wtedy w łazience, pomyślałam sobie, że chyba jednak już wolałam te moje samotne walentynki, niż takie niby z kimś, a gorzkie jak 99% czekolada.

piątek, 12 lutego 2016
Deżawi

To będzie pierwszy walę-tynkowy weekend od lat, na który trochę wyczekuję. Może nawet trochę się szykuję. I nie tak jak z Leszkiem, nie, to nie ja organizuję co będziemy robić, co jeść, itd. Ja mam robić 'to co tam mam w planach', kosmetyczkę czy fryzjerkę, a Tulipan zajmie się całą resztą. Będę mogła leżeć i pachnieć! (tylko najpierw muszę posprzątać mieszkanko...)

Przyszłam tutaj dziś zanotować inną myśl, jednak. W zasadzie moment taki, kiedy po raz pierwszy pomyślałam, że Tulipan może być _tym_ mężczyzną.

Któregoś zimowego wieczoru, gdy już ugotowałam obiad, Tulipan przyszedł do kuchni pomóc mi nałożyć na talerze. Gdy przyszło do polania dania sosem, zapytał:
- jak polać ten sos?
- wszystko jedno - odpowiedziałam
- a jak ty to robisz? - dopytywał
- Tulipan, to nie ma znaczenia, a ty jak lubisz?
- ja lubię tak samo jak ty! - odpowiedział błyskawicznie, a mnie wtedy przeszedł dreszcz.
- nigdy mi tak nie odpowiadaj - odpowiedziałam śmiejąc się, choć tak naprawdę to mnie wmurowało w ziemię, bo miałam dejavu.

Wiele lat temu, za siedmioma górami i lasami, gdy spotykałam się jeszcze z Londynem, irytowało mnie w nim właśnie to, że ile razy się go nie pytałam o zdanie, to ciągle mi odpowiadał, że myśli tak jak ja. W końcu doszło do tego, że celowo mówiłam coś zupełnie na przekór, by sprawdzić jak on zareaguje, ale on dalej, twardo, że tak samo uważa...

Potem, długo potem, po naszym rozstaniu, doszłam do wniosku, że tak naprawdę to był facet na życie. I że jeśli kiedyś będę mieć męża czy partnera na poważnie, to powinien być taki właśnie jak Londyn - bo to była jedna z niewielu jego wad.

I tamtego zimowego wieczoru, w kuchni, przy garach, doznałam olśnienia. Czyżby...?

Czas pokaże. Na razie uśmiecham się do własnych myśli.

 

poniedziałek, 01 lutego 2016
Kariologiczny apdejt

Miałam sporo wątpliwości czy spotkać się z Leszkiem. Z jednej strony byłam jego ciekawa, z drugiej czułam, że to nie jest fair. Z trzeciej - przecież to tylko kawa.

Spotkaliśmy się jakoś na przełomie grudnia i listopada. Serce mi nie drgnęło, z czego się ucieszyłam, bo pewności nie miałam jak na to spotkanie tak naprawdę zareaguję. Było bardzo miło, bo miło jest się przejrzeć w męskich oczach. Leszek był wyjątkowo szarmancki, sypał komplementami jak nigdy, a ja chłonęłam jak gąbka. Że pięknie wyglądam, że nie może się na mnie napatrzeć i tym podobne.

Spotkanie było czysto koleżeńskie, podaliśmy sobie tylko dłonie, żadne z nas nie zrobiło żadnego innego gestu. Porozmawialiśmy co u kogo słychać, co się pozmieniało i co robiliśmy przez ten ponad rok. O związkach rozmowy nie było, podobnie jak i o kolejnym spotkaniu. Na pożegnanie Leszek rzucił, że byłoby miło spotkać się kiedyś jeszcze raz i tyle.

W zasadzie od tamtego spotkania wymieniamy po kilka wiadomości w tygodniu. Zawsze lubiłam z nim rozmawiać, a teraz gdy nie jojczy mi o swoich kompleksach związanych z wiejskim pochodzeniem czy brakiem włosów - te rozmowy dają autentyczną przyjemność.

Gdy padła propozycja kolejnego spotkania wahałam się nieco, ale poszłam i znowu było koleżeńsko. Wesoło, przyjaźnie, znowu komplementy, no i tym razem padło zaproszenie do teatru. Bo od ostatniej naszej wizyty on nie był, a byłoby miło.
Propozycja padła w kontekście moich opowieści o jednym ze spektakli, więc to nie tak, że planował.

I tu mnie wyhamowało nieco. Nie potwierdziłam, nie zaprzeczyłam, rzuciłam coś w stylu 'zgadamy się' i wróciłam do domu z kacem moralnym. Bo może jednak Leszek coś kombinuje? Ale przecież ja nie kombinuję nic. Z drugiej strony, przecież może on tak lubi ze mną teatry, jak ja z nim zwiedzanie? No tutaj jakoś nam jest po prostu po drodze i to bardzo.

No nic. Wróciłam do domu i rozmyślałam. I tak mi jakoś niedawno wyszła rozmowa z Tulipanem o byłych, znowu. Mierziło mnie, że on taki rozżalony jest, że z żadną eks nie ma kontakt, poza jego ostatnią Byłą, z którą raz do roku wymieniają życzenia urodzinowe i świąteczne.
- Tulipan - zagaiłam - a gdyby tak Była zadzwoniła do ciebie i powiedziała 'słuchaj, choć się spotkamy na kawę, pogadamy sobie!' to co byś zrobił?
- poszedłbym! - krzyknął wręcz rozentuzjazmowany...

Dlaczego mnie to ubodło, nie wiem. Przecież to on ją zostawił. I przecież to ja ze swoim byłym poszłam na kawę. Może to świadomość, że 'byłym' może nie chodzić tylko o kawę i pogawędki? Rozebrać to sobie muszę w środeczku na czynniki pierwsze.

W ogóle ta cała Tulipanowa historia z Byłą jakaś taka ...dziwna. Ona 10 lat starsza, byli ze sobą 4lata, znali w sumie 7. Starali się o dziecko, bez skutku. Rodzina radziła Tulipanowi zaręczyny i do dziś wypominają mu, że tak fantastyczną, rodzinną i dobrą dziewczynę porzucił. Ale gdy pytam się Tulipana czy kiedyś kochał, odpowiedział, że nie.
- to co to było z Byłą? przyzwyczajenie? - drążyłam - dlatego się nie udało, bo jej nie kochałeś?
- nie wytrzymało próby czasu - odpowiedział - wypaliło się jakoś
- ale co się wypaliło? chcieliście mieć dziecko i po 4 latach stwierdziłeś, że nie pasujecie do siebie? - dopytywałam, jednak bez odpowiedzi, bo Tulipan się zamyślił - a dlaczego teraz tutaj jesteś, obok mnie? - zapytałam a Tulipan, po chwili, patrząc mi w oczy powiedział:
- bo szalenie lubię z tobą spędzać czas

Nie takiej odpowiedzi oczekiwałam, to jasne. Ale to co wtedy było w jego oczach, to spojrzenie...

Ostatnio myślę sobie, że Tulipan bardzo przypomina mi Ojczulka. Zimny i surowy, nie mówiący o uczuciach, choć potrafiący je okazać na swój sposób. Rano budzi kawą, zrobi zakupy, ugotuje czy pozmywa, bo ja po pracy zmęczona, a on już zdążył odpocząć, naprawi w domu rzeczy, których ja nie zauważam nawet, rozśmieszy gdy chce mi się płakać. I przytula niemal tak samo jak Ojczulek, jednak.
A gdy wczoraj obudziłam się i popatrzyłam na jego dłoń - miałam dejavu. Ojczulek dokładnie w ten sam sposób opierał przez sen dłoń o swoje czoło. I dopiero teraz zauważyłam, że ma bardzo podobne dłonie do tych Ojczulkowych.

Nie wiem czy i ewentualnie jakie to ma znaczenie. Nie wiem co chodzi Tulipanowi po głowie, bo trudno za nim trafić.
Wiem, że tu i teraz jest mi z nim tak, jak z nikim dotąd. I wiem, że nie chcę tego zmieniać.
Ale wiem też, że jest we mnie strach, że on może chcieć. Może nie teraz, ale za rok czy dwa. I nie chciałabym być wtedy w swojej skórze.

Ten strach muszę jakoś okiełznać.
Przecież nic i nigdy nie jest gwarancją trwałości relacji. Starać się trzeba nieustannie.

poniedziałek, 25 stycznia 2016
Się tu przykurzyło...

Stary rok się skończył źle, a nowy rok zaczął się jeszcze gorzej. 4 tygodnie pełne niepokoju o zdrowie Rodzicielki i Babci, nerwów, niesnasek rodzinnych i poczucia, że znowu o Babcię muszę się martwić ja, bo żadne z jej dzieci nie ma ochoty być zaangażowanym w proces decyzyjny, niełatwy.

Stres tych kilku tygodni z pewnością zbierze swoje żniwo i odbije się na moim zdrowiu, bo czuję się dosłownie wyżęta. Do furii doprowadzały mnie pytania o mój 3tygodniowy urlop. Nikomu do głowy nie przyszło, że nie byczyłam się nigdzie, tylko jeździłam między szpitalami, potem pilnowałam terminowych zastrzyków u mamy i pędem gnałam do szpitala, żeby babcię pokarmić, bo ból i łóżko wyciągnęły z niej ostatki sił.

Przyciśnięta do muru, ze wsparciem Brata, wreszcie podjęłam właściwą decyzję i przekonałam do niej Rodzicielkę. Ale nie miałam z tego żadnej ulgi, bo wracałam do domu i boksowałam się wciąż z własnymi emocjami. Czy to dobrze, czy moralnie, może mogłabym zrobić coś więcej, coś lepiej. Zasypiałam z kłębkiem myśli i budziłam się w nerwach, zaczynając dzień od kilku pospiesznych wizyt w toalecie.

Teraz jest względny spokój. Babcia od czasu do czasu miewa jeszcze napady histerii, tak jak dziś, gdy po raz pierwszy została wzięta na wózku na rehabilitację na sali i zrobiła wszystkim awanturę, że ona już nigdy rodziny nie zobaczy, że ją szarpią, że zostawili w ciemnym pomieszczeniu na cały dzień (a dokładniej na tyle, ile potrzeba żeby jednego pacjenta zawieźć windą na piętro do sali i wrócić po kolejnego).

Jestem strzępkiem nerwów. Tym bardziej, że w pracy ciężki czas wciąż trwa i po miesiącu wizyt i kontroli właśnie trwa kolejny taki miesiąc, a po nim będzie jeszcze jeden taki. I przygotowywać się muszę do tego, że moja pomocnica za chwilę pójdzie rodzić i zostanę w tym pierdolniku sama jak Kewin w Boże Narodzenie.

Że się nie rozsypałam i nie zwariowałam w tym wszystkim, jest sporą zasługą Tulipana, który jest. Jest obok, od świąt jest niemal cały czas. Odwraca uwagę od problemów, potrafi rozśmieszyć i choć z Bratem nie rozmawiał, to radzi robić dokładnie to co on mówił.

Byle do wiosny.
W końcu najdłuższa żmija mija.

środa, 16 grudnia 2015

Istne halloween mi się zrobiło. Trupy z szaf powyłaziły - i Koszykarz, i Leszek, a ostatnio nawet Pan Tadeusz.
Och, niech ja wreszcie znajdę chwilę, żeby to wszystko sobie tu pozapisywać.
Może dziś w gdyńskim hotelu uda się wreszcie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 258
Archiwum
Zakładki:
... i jeszcze bliżej:
Audio, czyli namiętnie słucham:
Codziennik
Lubię wpaść z wizytą
Pod kluczem
Przeglądam czasem
Się zapoznaję dopiero
Teraz czas na... LEJDIS
Tu sprawdzam
Z tego czasem korzystam...
Zachowane w pamięci
Pomoc statystyka