niedziela, 20 maja 2012

W pracy w sumie bez zmian. Miałam jedną rozmowę z Pedantem, w trakcie której jeszcze bardziej próbował nakręcić to, że działam emocjonalnie i dyskusja na ostatnim spotkaniu była zbędna - bo my musimy trzymać sztamę, po co Bos z Wonderfulem mają wiedzieć, że się w czymś nie zgadzamy.

Tym rozwojem sytuacji wcale nie jestem zaskoczona, w tej firmie chyba już nic i nikt nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Ale Pedantowi wyjaśniłam, mam nadzieję, że w tym co wtedy mówiłam nie było nawet kropli emocji, a to jak Pedant to odebrał musiało wynikać z jego nastawienia. Na które nie mam wpływu przecież. I że to ja byłam tamtą sytuacją najbardziej zaskoczona, bo kompletnie nie rozumiałam o co zrobiło się to całe halo i kto i gdzie się dopatrzył nielogicznego zachowania.

Zagrałam tak, jak on ze mną.
Ale nie jestem wcale z tego zadowolona, bo w takiej atmosferze nie lubię i nie chcę pracować.

Teraz będę mieć z tydzień spokoju, bo wszyscy się znowu rozjeżdżają. Będę mogła się spokojnie przyłożyć do nauki, przede mną ostatnia prosta.

21:57, kreseczka78 , Pracownia
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 maja 2012

No cóż, powiedzmy to sobie szczerze - nie jest fajnie. Wątpliwości nie mam, że Pedant zrobi rewolucję według swojego widzimisia - ma na to oficjalny, legalny glejt. Koniec kropka. Metod rewolucyjnych nie popieram, ewolucyjne - owszem.
A do sposobu, w jaki zmiany wprowadzić chce Pedant, jestem ustawiona krzywo, bo to jest powiedzenie, że to, czego uczyłam ludzi przez ostatnie 4 lata, jest już nieważne. I trzeba pracować tak, jak przed wprowadzonymi przeze mnie zmianami.
Słowem - kolejny raz już nikt nie uwierzy w moje słowa i nawet najszczersze moje zapewnienia, że podpis coś znaczy i że ja stoję murem za moimi ludźmi.

To jest przykre.

Jeszcze bardziej przykre i mega irytująca jest manipulacja, w której Pedant osiągnął poziom olimpijski.

Wczoraj na spotkaniu chciało mi się na przemian krzyczeć i płakać z bezsilności. Każde moje zdanie, każde stwierdzenie - było sprowadzane do poziomu "emocji". Kiedy przekazałam opinię Budyniowej, a następnie powiedziałam Pedantowi, żeby sam z nią na ten temat porozmawiał, bo ja nie chciałabym być posądzona o stronniczość - padło zdanie "wiesz, ja nie mam wpływu na to, jak ty się czujesz, to są twoje emocje"
Kurwa mać, prawda?
Aż chciało mi się powiedzieć, że to nie emocje tylko efekt metod zarządzania ludźmi - nigdy nie wiadomo kto jest aktualnie zausznikiem Pedanta i kogo on słucha, bezwzględnie wyciągając wnioski z tego, co usłyszy. Przecież potem nie ma się prawa ani do dyskusji, ani do obrony.

Ale Pedant to jednak przełożony i tylko siłOM i godnościOM osobistOM udało mi się ugryźć w język, zeby sobie więcej problemów nie narobić. Natomiast wkurw na moją bezsilność pozostał.

I dziś, przyznaję szczerze, pierwszy raz przyłapałam się na myśli "jeeezuuu... jak mi się nie chce wsiadać do tej windy rano... jak mi się nie chce widzieć tych wszystkich ludzi..."

Czy wystarczy mi ikry, żeby zmienić pracę?

11:33, kreseczka78 , Pracownia
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 maja 2012
Jak nie wiadomo o co chodzi, to _NIE WIADOMO_ o co chodzi :]

Ja już nie kumam Pedanta. Nic a nic.

Najpierw były spacery w Łazienkach i rozmowy we trójkę z Drugim, że ja jestem im potrzebna do zmian, że tylko ja, tylko ze mną. Jestem najlepsza i jedyna, z którą kolejne zmiany bedzie można przeprowadzić.

Fajnie, słodko, tak słodko, że Pedant z którejś kolejnej delegacji przywozi mi biżuterię w prezencie.

A dziś w samochodzie, gdy jechaliśmy razem do azylu, powiedział mi, że on jedyne co może robić, to mnie szkolić na tych moich embiejowych studiach, zebym potrafiła go zrozumieć. I że on już zrobił ze swojej strony wszystko - wrócił na stołek, nazwał się tak samo jak ja (tylko, że on oczywiscie jest większy kerownik niż ja, proporcje zachowane). A na koniec dodał, że te zmiany to on przeprowadzi ze mną ALBO BEZ. I że jeśli ja nie chcę z nim pracować, to żebym mu to powiedziała.

WTF?

Nie było żadnego spięcia, nawet przez sekundkę nie ustawiłam się do tych zmian bokiem. Co mu przeszkadza? Pojecia nie mam. Byłam tak zaskoczona tym, co uslyszalam, ze nie zapytalam o co konkretnie chodzi.

Czyli co... na wszelki wypadek znowu mam zacząć sprawdzać ogłoszenia?

23:56, kreseczka78 , Pracownia
Link Komentarze (5) »
Do zakochania jeden ...minibar!

W azylowym hotelu, w którym powinnam mieć już meldunek na czas nieokreślony..., zawsze z uśmieszkiem witałam te ich 4*. Bo to chyba ze względu na ilość marmurów, szkła i fantazji wykończenia. Niestety, serwis jest tam wciąż na poziomie 3*, chociaż panie w recepcji bardzo się starają, nie mówię. Tylko im nie wychodzi. Zapomną obudzić. Obudzą pół godziny później. Zapomną wysłać kogoś z żelazkiem. Itd, itp. Tak jest zresztą ze wszystkim.

Ale dziś? Dziś to wszystko niniejszym odszczekuję. Hau, hau!

W minibarku, albowiem, odkryłam dziś.... tam da ra dam ta da!!!! - puszkę blendu Jacka Danielsa z colą. 2 w 1! MOJE 2 w 1 !!

Kocham ten hotel.

czwartek, 26 kwietnia 2012
Krótki spacer po Zielonej Wyspie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Ło losie!

Rozmowa na komunikatorze z jakimś facetem z randkowni. Na 'dzień-dobry' wyskakuje ze słoneczkami i innymi zdrobnieniami, na które mam alergię, szczególnie wtedy gdy gościa nie znam. Milczę przez chwilę licząc, że może za moment mu przejdzie. Nie przechodzi.

ON: - czyżbym napisał coś nie tak?
JA: - nie przepadam za zdrobnieniami
ON: - przepraszam... pogadamy czy raczej nie
JA: - owszem, byle nieinfantylnie
ON: - po polsku możesz?
JA: - to jest po polsku...
ON: - infa coś nie znam tego słowa, wybacz
(po chwili mojego milczenia spowodowanego załamaniem poziomem intelektualnym interlokutora...)
ON: - chyba jednak nie pogadamy już...
JA: - chyba dajmy sobie spokój
ON: - jak uważasz
(po 10min)
ON: - lubisz używać trudne wyrazy?
(myślałam, że to było dno, ale usłyszałam pukanie od spodu!)
JA: - wydawało mi się, że "dajmy sobie spokój" jest dość powszechnie używanym zwrotem
ON: - nie, ten poprzedni, info coś

KURTYNA

Ludzie. Czytajcie ksiązki!

Don't you need a licence to be that annoying..??

Zawodowo wyjazd do Zielonego Kraju fajny nie był. O nie. Był bardzo daleko od fajności.

Spotkanie było zorganizowane na okoliczność zmian. które ostatnio w branży się dzieją. Jako, że takie kwestie to moja broszka, więc wypolerowałam na tę okoliczność prezentację, na wszelki wypadek zabrałam ze sobą Okularnika, który mógłby odpowiedzieć na bardzo techniczne pytania. No i do tego poleciała z nami Młoda, która w zastępstwie Czeszki opiekuje się klientem. Młoda jest młoda, od niedawna w naszej kopalni, więc ustalmy - na razie uczy się rozróżniać ludzi i dopasowywać imiona do twarzy.

Tymczasem po przylocie na miejsce okazało się, że moja prezentacja to tak gdzieś 1/5 wszystkich spotkań. Reszta ma dotyczyć problemów, które się ostatnio pojawiały. Oczywiście ostrzegałam, że tak to się może skończyć i że powinien z nami lecieć przede wszystkim Kreatywny, a nawet Drugi. Ale gdzie tam! Przecież ja czarnowidztwo uprawiam. Jassssne.

No i tak oto trafiliśmy w sam środek pasztetu, postawiono nas pod ścianą i zaczęto odpytywać. Ja instynktownie wiedziałam gdzie leży problem, ale że projektami tego klienta nie zajmuję się już od dłuższego czasu to i nie do końca wiedziałam jak bardzo można przywalić w ramach obrony. Tym bardziej nie wiedział tego Okularnik, ani Młoda, która u klienta była oczywiście pierwszy raz.

Po sesji ciosów okazało się, że za chwilę na ring wejdzie Mister Tajson, który nam przywali raz ale konkretnie - klient ściągnął też jednego z naszych przeciwników, oczywiście nie zająknąwszy się o tym w agendzie spotkania...

To cut long story short - Mister Tajson okazał się przynieść nam rozwiązanie, pewnie też trochę wbrew własnej woli. Wyszło na to, że to nasz kochany klient najbardziej w temacie namieszał i że te problemy są efektem luki komunikacyjnej.

Ale portki mieliśmy pełne! Tym bardziej, że ani Kreatywny ani Drugi nie odezwali się do nas przed tym spotkaniem ani słowem.
A gdy już wieczorem świętowaliśmy guinessem sukces - Drugi przesłał Młodej smsa: "wysłałem wam wskazówki na spotkanie". Rychło w czas.

Dziś miałam odgryźć panom głowy. Tymczasem prawie zabiłabym Drugiego - bo na telekonferencję z klientem przyjechał 10min przed. Miał być 1,5h wcześniej, zeby omówić strategię, żeby wysłuchać naszej relacji ze spotkania, przeczytać dokumenty.

Kuźwa, ja się wciąż za bardzo przejmuję! A tu trzeba mieć przecież większy luz niż właściciel!

10:55, kreseczka78 , Pracownia
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 kwietnia 2012
Jak było pod Dęblinem? Fajnie!

May the road rise up to meet you
May the wind be always at your back
May the sun shine warm upon your face
And rains fall soft upon your fields.
And until we meet again,
May the God hold you in the palm of His hand.
The Old Irish Blessing

To niesamowite, że będąc w Zielonym Kraju czuję się jak w domu. Tylko ludzie mówią po angielsku (a i to nie zawsze) i witryny sklepów opisane są w angielszczyźnie. Powietrze jest inne, lżejsze, cieplejsze. Nawet te same 10stopni nie przeszkadza tak bardzo jak w Warszawie.

Wyspa przywitała ulewnym deszczem i przez 3 dni pokazała nam wszystkie dostępne opcje pogodowe, z gradem -rzadko tam spotykanym- włącznie. Szkoda, że deszcz padał akurat wtedy, kiedy miałam czas wolny. Na dodatek nie zabrałam parasola, za to wzięłam okulary przeciwsłoneczne - tak bardzo uwierzyłam, że tam pięknie=słonecznie. Nie sprawdziłam prognozy pogody, don't ask me why.

Tak, tam jest pięknie nawet wtedy gdy leje. Gdy ciemnogranatowe chmury zlewają się z jaśniejszym błękitem morza. Gdy szarości otulają góry. Pięknie. Kolejny pobyt upewnił mnie, że naprawdę mogłabym tam mieszkać. Już nie Amsterdam, nie Holandia - Irlandia! Rozumiem zachwyt Ojczulka.

Mimo, że nie miałam czasu na zwiedzanie i stolicy znowu nie widziałam (nie licząc lotniska), to miałam trochę czasu na spacerowanie po małym mieście, w którym się zatrzymałam. Zatrzymywałam się przed wystawami, przyglądałam się tym pięknym małym domkom i uśmiechałam się do swoich myśli. Takie same obrazki widziałam na zdjęciach, które robił Ojczulek. Nie potrafię teraz znaleźć - ale gdzieś mam zdjęcie sklepowej wystawy ze szpilkami. 2 dni temu widziałam tą samą wystawę, z innymi już butami. Poczułam się tak, jakby Ojczulek stanął za moimi plecami.

Ech. Niechętnie wsiadłam do powrotnego samolotu.
Teraz mam plan, żeby polecieć tam z Rodzicielką. Może uda się jakoś w wakacje, chociaż na weekend.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Jutro frunę do Zielonego Kraju.

Znowu przez chwilę, najpierw w chmurach, potem na wyspie, będę bliżej Ojczulka.
To jest niesamowite, że tęsknota w czasie się nie zmniejsza. Wypalona dziura w sercu dalej jest dziurą.

Ojczulek dawno mi się nie śnił. Potrzebuję z nim jakiegoś kontaktu, chociaż takiego.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Dziś jest dzień czekolady!

I ja się dopiero teraz o tym dowiaduję???

15:53, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Komentarze (1) »

Dziś rano -gdy jeszcze w łóżku próbowałam gdzieś upchnąć w moich kwietniowych planach wyjazd do azylu- uświadomiłam sobie, że tak naprawdę to już jest maj. Nie mam 3 wolnych dni pod rząd, w które mogłabym pojechać do azylu i zorganizować kilka spotkań, które są mi niezbędne w paru projektach. Bez tego dalej będą stać w miejscu.

Nie lubię takich odkryć.

Lubię odkrycia w stylu - ojej, mam cały wolny tydzień do zagospodarowania!

W przyszłym tygodniu lecę na zieloną wyspę. Na samą myśl o konieczności spakowania wszystkiego w walizeczkę kabinową przechodzi mnie dreszcz. Zimny, żeby nie było.

10:04, kreseczka78 , Pracownia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Książka skarg i zażaleń

Dawno się tak nie cieszyłam, że święta się kończą. Tych tegorocznych mam po dziurki w nosie. Moja ulubiona babcia przejechała się po mnie jeszcze przed wielkanocnym śniadaniem, ledwie weszłam do domu. Tuż po moim przyjściu afera się rozpętała o to, że kupiłam świąteczne papierowe serwetki, co jest oczywistym dowodem na to, że "sram pieniędzmi", "w dupie mi się przewraca", "nikomu to niepotrzebne", a tymczasem są przecież serwetki w bałwanki, prawie nietknięte opakowanie! Istna komedia... ale afera była na poważnie i nie udało mi się pohamować mojego wnerwa tym bardziej, że awantura błyskawicznie przeniosła się na temat mojego charakteru, który jest wredny i podły, więc nic dziwnego, że nikt ze mną wytrzymać nie może i że żadnego faceta sobie znaleźć nie mogę. I że będę starą panną. A to ci niespodzianka, myślałam, że nią już jestem.

Teraz sobie kpię, ale w niedzielny świąteczny poranek moje zdenerwowanie osiągnęło zenit, chciałam wracać do siebie jeszcze zanim śniadanie się zaczęło, ale mama powstrzymała mnie w drzwiach hasłem "nie rób mi tego". Zatem musiałam zrobić to sobie i kisić się tam we własnych emocjach, których nie mogłam uspokoić przez dobre pół dnia.

Reszty opisywać nie chcę, bo zwyczajnie nie mam sił denerwować się po raz wtóry.

Ktokolwiek życzył mi wesołych świąt - składam reklamację.
Nie były.

______________________________________________________

"(...) przejęzyczenie się może być bardzo niebezpieczne... Też ostatnio miałem taką sytuację: Siedziałem z żoną, przy śniadaniu, bardzo przyjemnie było: grzanki, kawa, jajko; i w pewnym momencie poprosiłem żonę o sól- ale że byłem bardzo zamyślony, zamiast powiedzieć "Poproszę o sól" powiedziałem: "Ty stara wiedźmo zmarnowałaś mi 20 lat życia!"
"Maszyna czasu", Mann&Materna

23:19, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Komentarze (9) »
środa, 04 kwietnia 2012

Do pracy wpadła Czeszka z córcią, która niedawno przyszła na świat. Śliczna dziewczynka, prawdziwy aniołek. Wszyscy oczywiście zlecieli się do kuchni, łącznie z Pedantem, który też przyłączył się do achów i ochów. Oraz że Czeszka wygląda ślicznie, wcale nie widać, ze była w ciąży, brzuszek płaski jak deska, no ale to przywilej młodości. Czeszka jednak przerwała i powiedziała, ze ona już nie taka młoda mama, bo w tym roku kończy przecież 30 lat.
- no tak, a to przecież czas najwyższy na posiadanie dziecka! - powiedział Pedant - dobrze, że u nas albo już wszyscy mają dzieci, albo mają po 24lata!

Nie, nie mam 24lat, mam o całe 10 więcej i depresję na karku, przez co od razu, błyskawicznie, zrobiło mi się cholernie smutno. Nie, nie będę mieć dzieci, chociaż bardzo bym chciała. Zegar mi tyka oczywiście, ale jestem realistką i wiem, że szanse są takie same jak trafienie 6ki w totolotka.

No i co z tego, że słońce świeci? I tak mi smutno. Kolejny dzień niczym nie różniący się od poprzednich. Naturalnie powinnam być szczęśliwa, że jestem zdrowa, że mam pracę i dach nad głową, to przecież dla niektórych też może być spełnieniem marzeń.

Ale mnie jest mało. Tylko że ja tkwię w martwym punkcie (albo zamkniętym kole). Nie potrafię być sama, nie lubię spędzać samotnie czasu. To ponoć bariera do poznania kogokolwiek i zmiany. Zmianę trzeba zacząć od siebie, a ja siebie zmienić nie umiem. Nie lubię siebie i czasami uważam, że dobrze mi tak. To znaczy, że tym brakiem chęci, woli i zapału do zmiany zasłużyłam sobie, żeby być samej. Skoro nie potrafię się zmobilizować, to mam, za karę.

13:19, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 kwietnia 2012

Czas pędzi. Nie zatrzymuje się, nie czeka, nie daje wytchnienia. Cieszyłam się na kwiecień, bo nie mam wtedy żadnych zajęć na uczelni, ale już widzę, że praca mi elegancko zapełni całość, głównie przez wyjazdy. A już za chwilę maj, mój ulubiony miesiąc... Tyle, że z kolejnym bardzo ciężkim finansowym przedmiotem, więc frajdy mieć nie będę, bo znowu ślęczeć będę nad książkami i zadaniami. A potem czerwiec i znowu finansowy kiler. Może jakoś doczołgam się do sierpnia.

I tak w kółko. Szkoła, praca, dom, ewentualnie w innej kolejności. Nie mam zbyt wiele czasu dla siebie, zbyt wiele na myślenie, ot tyle co w samochodzie, gdzieś w korku. Wtedy się myśli, wtedy czasem oko się zrobi mokre, pretekstów sporo. Czas dla siebie znaleźć jeszcze trudniej. U kosmetyczki byłam chyba wczesną jesienią. Na manicure też już przestałam regularnie chodzić. Fryzjer? Dziś idę, pierwszy raz w nowym roku, bo widać już wszystkie siwe włosy, które na dodatek są już tak długie, że nic się z nimi nie da zrobić, a gdzieś po świętach mam jakieś wyjazdy i trzeba wyglądać jak cywilizowany człowiek...

W pracy skończyłam się poświęcać, czasami nawet udaje mi się zrobić to czy tamto na uczelnię, albo poczytać gazetę, taki raj.

Chyba przestało mi się już chcieć. I ten marazm dotyczy wszystkiego.

Nie chce mi się pracować, nie chce mi się studiować, nie chce mi się sprzątać, nie chce mi się wstawać. Żyć mi się jeszcze chce, ale też jakoś bez entuzjazmu. Najchętniej to bym przeleżała pod kołdrą i poczekała, aż znowu mi w życiu gdzieś pierdolnie, bo to jest nieuchronne przecież, kwestia czasu. A jak już pierdolnie, to znowu będzie się trzeba zmobilizować, zdjąć piżamę, założyć ubranie i się zająć sprzątaniem tego, co pierdolnęło.
A skoro na razie nic się nie dzieje, to leżę pod tą kołdrą (teraz to tylko leżę mentalnie, bo przecież do kopalni wciąż chodzić trzeba).
Już nie umiem się cieszyć z tego, że ptaszki ćwierkają i że w sklepach przeceny.

15:07, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Komentarze (2) »
wtorek, 13 marca 2012
Cała ja! znowu należę do większości...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 212
Zakładki:
... i jeszcze bliżej:
Audio, czyli namiętnie słucham:
Codziennik
Lubię wpaść z wizytą
Pod kluczem
Przeglądam czasem
Się zapoznaję dopiero
Teraz czas na... LEJDIS
Tu sprawdzam
Z tego czasem korzystam...
Zachowane w pamięci
Pomoc statystyka