czwartek, 01 czerwca 2017
Requiem

Jakiś ten rok jest dziwny. Są radości, ale są i smutki. Przeplatają się w zasadzie od samego początku. Po bardzo trudnym i ciężkim kwietniu wyczekiwałam maja. Zwykle cały rok czekam na maj, kocham maj, uwielbiam, bo wszystko kwitnie, pachnie, obudziło się po zimie i żyje. Ale ten maj też jakiś nie mój.

I tak cieszę się, bo Tulipan wreszcie zaanektował półkę, szufladę i jeszcze parę innych mebli na swoje rzeczy, zwiózł sporą część garderoby i mówi już o moim domu per 'dom', dom do którego "wraca". Cieszy mnie to, bo jeszcze niedawno miałam w sobie dużo strachu, że po tym jak straciliśmy dziecko on się jakoś rakiem wycofa z tych decyzji, które wtedy podjął. Po chwilowych perturbacjach i wątpliwościach Tulipan swój plan jednak realizuje.

I pewnie cieszyłabym się tym jeszcze bardziej, gdyby nie to, że odeszła od nas babcia, mama mojego Taty. Cierpiała okrutnie, bo odkąd przeszła udar w zasadzie jej stan tylko się pogarszał. Na samym początku nie było jeszcze tak tragicznie, bo niedowład ustąpił, jedynie afazja dawała we znaki i irytowała babcię, która słyszała, że ust wypadają jej całkiem inne słowa niż te, które chce mówić. Jednak ostatnie 1,5-2lata były bardzo ciężkie. Babcia kompletnie przestała się komunikować, przestała mówić cokolwiek. straciła wzrok w jednym oku, zaczęła mieć poważne problemy z połykaniem, pojawiły się duże przykurcze, zaczęły się czepiać zapalenia płuc, odleżyny,...

Tak więc wiem, że teraz babcia ma wreszcie święty spokój, nic jej nie boli, jest sobie gdzieś, gdzieś razem z mężem i dwoma synami i mam nadzieję, że wreszcie jest szczęśliwa. Bo życie jej nie oszczędzało, o nie.

Gdy była niemowlęciem, zmarła jej mama. Ojciec wkrótce się ponownie ożenił, ale macocha była zupełnie jak z bajki o Kopciuszku. Tak też traktowała babcię. Ona i jej córki. Babcia mając 15 lat wyszła więc z domu, pomieszkiwała u cioć, trochę tu, trochę tam, najmowała się do pracy w polu, potem poszła pracować na budowie. I tam poznała dziadka, z którym wbrew wcześniejszym deklaracjom niczym ze ślubów panieńskich, ślub jednak wzięła. Urodziła i wychowała trzech synów, łącząc obowiązki matki i żony z pracą w polu (które było dobrych naście kilometrów od domu). I choć sama tego nie zaznała - ona serce miała dobre i otwarte dla wszystkich. Na 40m, w dwóch pokojach mieszkała ona z mężem i 3 chłopakami, zimą mieszkał także jej dziadek, a w międzyczasie pomieszkiwała jeszcze młodsza kuzynka. Potem przez prawie pół roku mieszkali moi rodzice razem ze mną, gdy przyszła zima stulecia i nie było jak wrócić po świętach do domu... I ja taki właśnie dom pamiętam - pełen ludzi, z otwartymi drzwiami, z garnkami pełnymi obiadu i z garem kompotu. Kompot pyszny był zawsze. W każdą niedzielę było też ciasto. Kiedy babcia na to znajdowała czas? Nie wiem. Bo ona jeszcze szyła na maszynie, robiła na drutach, dziergała szydełkiem koronki do pościeli, sukienek, nawet firanki zrobiła na szydełku! Była uparta i twarda. I diablo pracowita. Sama pamiętam wyjazdy na truskawki, na wykopki, sianie fasoli czy bobu. Potem jeszcze miała ogródek, niedaleko domu, a w nim i warzywa, i owoce, i całą masę kwiatów - bo kwiaty kochała, w domu też parapety się od doniczek uginały. I jeszcze wiara, którą w nas krzewiła. To ona zabrała mnie do Częstochowy, to ona przywoziła mi różańce, obrazki, uczyła nowych modlitw.
I jak się jej życie za to wszystko odwdzięczyło? Los znienacka zabrał jej męża, a potem przyniósł udar.
A gdy się nam zaczęło wydawać, że wreszcie się z tego jakoś wykaraskała, że mimo problemów z mową udało się znaleźć sposób na komunikację - to choroba zabrała jej syna, a mojego tatę. Zaś 4 lata później zmarł jej drugi syn, też po ciężkiej chorobie. Jakby tego było mało, najmłodszy syn też zaczął chorować na nowotwór, a jego żona zaczęła przegrywać walkę z SM. Czy dlatego babcia się w końcu poddała? Tego nikt nie wie...

Cieszę się, że tydzień przed śmiercią zdążyłam ją jeszcze odwiedzić. Że zobaczyłam jeszcze uśmiech w jej oczach. Że ją jeszcze uściskałam i ucałowałam.

Strasznie mi żal tej mojej babci... I strasznie mi przykro, że los i życie było dla niej aż tak niesprawiedliwe.
Mam nadzieję, że teraz sprawiedliwości staje się zadość i że teraz wreszcie w jakimś sensie jest szczęśliwa...

Ostatni raz żegnałam ją w moje urodziny, akurat tak się złożyło. I cały czas zastanawiałam się w jaki sposób mogłabym jej oddać hołd. I wymyśliłam. Wymyśliłam, że na stypie nie będziemy dzielić na czworo nieszczęść, które babcię spotkały. Babcia zwykle jednoczyła rodzinę, więc postanowiłam, że my teraz porozmawiamy ze sobą właśnie o rodzinie.
Przygotowałam ogromne drzewo genealogiczne babcinej rodziny, powiesiłam na ścianie i w pewnym momencie zabrałam głos. Wspomniałam babcię, to jakim otwartym i rodzinnym człowiekiem była, jak gromadziła nas wszystkich przy domowym ognisku - nas, rodzinę bliższą i dalszą, sąsiadów, ich dzieci... Zachęciłam wszystkich do wprowadzania korekt i uzupełniania drzewa, podsyłania zdjęć. W zamian obiecałam podzielić się ze wszystkimi efektami tej pracy.

Niesamowite było to, że gdy ja mówiłam o babci, tyle osób potakiwało głową. Pamiętam łzy w oczach synowej sąsiadki mieszkającej obok babci, co było dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo przecież to nie rodzina... Ale babcia taka właśnie była. Nie ważne kto potrzebował pomocy, nie ważne kto był głodny. Wystarczyło otworzyć drzwi i wejść. Usiąść do stołu, pogadać.

I teraz sobie myslę, że tak samo wychowała swoich synów. Bo przecież Ojczulek miał podobny charakter. Pomagał ludziom, którym w zasadzie nie musiał. Robił rzeczy, o które nikt go nie prosił, ale on czuł, że komuś coś będzie potrzebne. I to poszanowanie rodziny. Trochę to było takie staroświeckie, ale pamiętam jak Ojczulek mnie ścigał za zakładanie spodni na duże rodzinne uroczystości. Skoro były święta czy imieniny babci albo dziadka - musiała być spódnica albo sukienka.

Skąd oni brali na to siłę?
Ja po pracy wracam do domu i zmęczona jestem, sił brakuje na posprzątanie domu, czasem na gotowanie. A babcia? Spracowana fizycznie, dalej pracowała ciężko w domu. Bo trzeba było oprać 4 facetów, nagotować im jedzenia, a potem jeszcze dziergała, prasowała...

Boże, daj mi taką siłę.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017
Zostaliśmy rodzicami Aniołka

na_kuli

Nie wiem dlaczego, wciąż nie wiem i nie rozumiem. Chuchałam na siebie i dmuchałam, nie dźwigałam, nie biegałam, jadłam zdrowo. Świetnie się czułam. Nawet żadnych mdłości nie miałam, ale może to właśnie dlatego...?

W 10 tygodniu serce przestało bić. Poszłam na zwykłą wizytę, nawet nie spodziewałam się, że pani doktor zrobi usg, bo ja tylko wyniki badań krwi przyniosłam, które na dodatek bardzo dobrze wyszły.

Gdy w Wielki Piątek leżałam na leżance i widziałam z jednej strony skupioną minę pani doktor, z drugiej na monitorze widziałam malutkie dziecko i nie mogłam dopatrzeć się bijącego serca - samej sobie tłumaczyłam, że się przecież na usg nie znam. A pani doktor może cos innego sprawdza.

Ale niestety nie. Ona też tego serduszka nie widziała. Przerwała badanie, a po chwili próbowała jeszcze raz.

- no niestety, chyba nie mam dobrych wiadomości... - powiedziała ze spuszczoną głową

Jak ja mam to powiedzieć Tulipanowi? On przed świetami pojechał do siebie, nadgonić obowiązki tam. Uznaliśmy, że nie ma sensu, by szedł ze mną, bo to tylko pokazanie wyników...

Płakałam bardzo. Bo dlaczego znowu życie mnie takim batem okłada?

Odebrałam skierowanie do szpitala i kilka praktycznych wskazówek, wyszłam z gabinetu. Najpierw pomyślałam, że wsiądę w auto i pojadę do Tulipana, ale zaraz potem poczułam, że ja nawet godziny dłużej nie wytrzymam sama z tą świadomością, że mój brzuch zamiast być domem, stał się grobem...

Jak tylko zamknęłam za sobą drzwi przychodni wyciągnęłam telefon i wykręciłam numer Tulipana.
- przepraszam - powiedziałam gdzieś między spazmami - nie udało się, serduszko przestało bić...

Tulipan kazał mi jechać prosto do domu, sam wsiadł w auto i przyjechał od razu do mnie. To był bardzo smutny WielkiPiątek. Tulipan wstydził się swoich łez, bo przecież powinien być silny i dać radę. Ale z takim smutkiem nie można sobie dać rady. Dużo rozmawialiśmy, bo może za bardzo chcieliśmy, może za bardzo się cieszyliśmy, może w poprzednim życiu coś przeskrobaliśmy...
- mnie się tak zdaje, że jak serce przestało bić w WielkiPiątek, to w niedzielę zmartwychwstanie - powiedział cicho Tulipan i wybuchł płaczem...

Serce mi się kroiło. On tak się cieszył, kładł głowę na moim brzuchu i rozmawiał z 'Bąbelkiem', śpiewał...

W sobotę oboje obudziliśmy się z opuchniętymi oczami. Przed południem stawiłam się w szpitalu. Bałam się, że wyląduję na sali z kobietami w ciaży, ale personel szpitala zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Pomoc i empatia, którą mi okazywali na każdym kroku, była wręcz niespotykana, czułam się jak w prywatnym szpitalu, choć nie zapłaciłam ani złotówki. Dostałam osobną salę, na której Tulipan i mama mogli być cały czas. Dostałam leki, które miały wywołać poronienie, skoro matka natura sama tego nie zrobiła. Po pierwszej dawce leków czułam się fatalnie. Miałam straszne drgawki i spory ból. Nie brałam żadnych przeciwbólowych, bo czekało mnie jeszcze znieczulenie ogólne. Jakoś wytrzymałam. Trudniejsze było uzupełnienie ankiety. Trzeba było odpowiedzieć na pytanie, czy chce zabrać dziecko ze szpitala i dokonać pochówku. Czy chcę je zobaczyć. Na takie pytania nie byłam gotowa. W zasadzie nawet nie pamiętam kto i jak za mnie tą ankietę uzupełnił. Tulipan trzymał mnie w ramionach, głaskał po głowie, a do mnie zaczynało docierać co się za moment wydarzy...
Niestety pierwsza dawka leku nie dała rezultatu. Podano mi kolejną. I kolejna też jakby nie zadziałała. Bo już nawet żadnych skurczy nie było, ani bólu... Lekarz powiedział, że kolejnej dawki nie będzie, tylko od razu przystąpią do zabiegu. Bałam się podwójnie. Gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że chciałabym jeszcze raz spróbować starać się o dziecko, a przy takim siłowym rozwiązaniu ryzyko powikłań i zrostów jest bardzo duże.

Nie wiem czy to stres, czy nerwy, czy chemia, którą we mnie wpakowano, ale gdy lekarz wszedł do pokoju, dostałam krwotoku. To było straszne, bo wręcz lało się ze mnie. Tulipan znowu mnie tulił w ramionach, głaskał mój brzuch, znowu płakaliśmy...

Potem mam dziurę w głowie. Pamiętam, że poszłam na salę zabiegową, pamiętam fotel i mnóstwo ludzi. Anastezjolog, który pytał o jakieś leki, położne, które okładały mnie zieloną flizeliną. I potem hasło 'zaczynamy', ostrzeżenie, że może zakręcić się w głowie. Następne wspomnienie już z sali pooperacyjnej, pikający monitor, półmrok. Nic mnie nie bolało, ale wiedziałam, co się stało, łzy same ciekły, poduszka zrobiła się mokra.

Dziś myślę sobie, że przetrwałam ten czas dzięki troskliwości i czułości Tulipana. Nie byłam w stanie z nikim na ten temat rozmawiać, nawet gdy mama próbowała mnie jakoś pocieszać, to zaraz po otworzeniu przeze mnie ust wydobywał się z nich tylko jęk i płacz.

W Wielkanoc wyszłam ze szpitala. Z pustym brzuchem, pustym sercem.
Nasz Aniołek przestał żyć zanim zdążył to życie na dobre zacząć.
Mam nadzieję, że jakoś to przetrwamy.

sobota, 01 kwietnia 2017
Jeszcze bardziej wiekopomna chwila!!!

Przechwytywanie

 

piątek, 10 marca 2017
Wiekopomna chwila

Moja Rodzicielka po raz pierwszy w swoim życiu pojechała na urlop. Nie to żeby zaraz jakieś palmy czy złote piaski. Sanatorium, to sanatorium. Ale prywatny pobyt w bardzo dobrym hotelu wyjdzie jej na zdrowie podwójnie - zaopiekują się tam jej kręgosłupem, a do tego mama nie będzie codziennie biegać do babci. Odpoczęła fizycznie, odpocznie psychicznie. Mam nadzieję.

Udało się to przepchnąć pod pretekstem prezentu imieninowo-urodzinowego. Brat pomógł zorganizować wkręcenie Rodzicielki, dorzucił się do prezentu zacnie, ja zorganizowałam, a Tulipan pomógł znajomościami zapewnić, że będzie tam pod szczególną lupą.

Cieszę się bardzo, mama zasłużyła na to jak mało kto!

sobota, 28 stycznia 2017

Gdy wróciłam do domu nie rozumiałam swojego smutku. Wieść o nowej parze w pracowni zrobiła na mnie wrażenie, niewątpliwie. Zaczęłam się martwić, czy Gewara -gdy dowie się o tym, że jego żona jest od dłuższego czasu w zwiazku z Wonderfulem- nie będzie chciał odejść z pracy. A szkoda by było, bo ja wiąże z nim spore na dzieje, ma szansę być merytorycznym asystentem, a docelowo specjalistą w jednej z ciekawszych dziedzin.

Czy to jednak było powodem smutku? Nie. W pewnej chwili zorientowałam się, ze dojechałam do centrum handlowego. Owszem, miałam odebrać fakturę z myjni samochodowej - ale nie byłam na myjni, tylko łaziłam między sklepami. Nic nie kupiłam, tylko się tak snułam. I wciąż miałam w sobie smutek.

Dlaczego? Leśna zagadka.

Najpierw pomyślałam, że może to wynika z tego faktu, że oto Wonderful rzucił całe swoje dotychczasowe życie, małżeństwo, wybudowany dom, dorosłego syna i 7letnią córkę i wiąże się z inną kobietą. I że Tulipanowi odwagi brakuje, na zdeklarowanie się wobec mnie.
No ale halo. Przecież Wonderful z MałąMi się nie żeni, nie oświadcza. A Tulipan przecież ze mną jest. Ostatni kryzys w zasadzie chyba nas jakoś umocnił.

No to czemu taki smutek? Może przez to, że wydawało mi się, że jednak nie wszyscy mężczyźni są tacy sami.
No i trochę strach pracowac w naszej pracowni. Lada moment, poza Pedantem, wszyscy mężczyźni będą po rozwodzie. Wśród kobiet proporcje są mniej-więcej równe: mężatki, rozwódki i wieloletnie singielki.
Przy czym ilość rozwódek wzrasta.

A może to nie smutek, tylko niesmak? Rozczarowanie? Być może.

Wróciłam do domu i padłam zmęczona.

 

Świat się kończy... czyli ModaNaSukces w pracowni!

W pracowni dużo sie ostatnio działo. Jednym ruchem dziewczyny Kreatywnego stały się "moimi" dziewczynami. Radzę sobie z tym na razie średnio, bo to terra incognita dla mnie, ale krok po kroczku próbuję opanować nowe tematy.

Pedant się skutecznie poturbował w delegacji i przez ponad miesiąc nie było go w pracy. Myślę, że sporo osób zrozumiało podczas jego nieobecności gdzie ta firma by skończyła, gdyby go zabrakło (w d*pie, oczywiście, wyszło na to, że jest liderem i mentorem).

Nie-zawodowo dzieje się jeszcze więcej.
Drugi po raz trzeci się rozwiódł, przed sądem było na ostro, z praniem brudów i puszczaniem filmików włącznie. Po czym sylwestra spędzili razem na Kubie, jakby rozwodu nie było...
Parę miesięcy temu Pedant mi ujawinił, że moja była asystentka jest jego przyrodnią siostrą (nazwijmy ją Amerykanka). Amerykanka jest dużo młodsza od mojego Brata, czy Lokówki. Tatuś Pedanta widać na ostatniej prostej jeszcze był niezłym amantem. W każdym razie to wciąż tajemnica, nawet żona Pedanta o tym nie wie. Plusem jest to, że nie wpływa to nijak na relacje w pracy, nie jest faworyzowana, jest regularnym pracownikiem.

Dużą niespodzianką była informacja, że Amerykanka, równo dwa lata po niemal-hollywoodzkim ślubie, wyprowadziła się od męża i zażądała rozwodu. Było to zaskoczeniem, bo tworzyli bardzo zgraną parę, z pomysłem na siebie, na życie. Byli ze sobą od bardzo dawna. No ale cóż, bywa.

Z miesiąc temu gruchnęła kolejna wiadomość - MałaMi i Gewara, którzy byli pierwszym małżeństwem pracującym w pracowni, też się rozwodzą, po 10latach. MałaMi, tak jak Lokówka, Czeszka czy Amerykanka, pracuje w mojej kopalni od dawna. Gewara, jej mąż, dołączył parę lat temu. Firma trochę szukała na niego pomysłu. najpierw pracował u Siwego, potem wrócił do naszego biura. Była w pewnym momencie koncepcja, by oboje pojechali na kontrakt do Zasiedmiogórogrodu (gdy się okazało, że moje problemy zdrowotne uniemożliwiają mój kontrakt).

Gewara, który od kilku miesięcy pracuje w moim dziale, powiedział mi, że mijający rok był bardzo trudny. Na początku kupili mieszkanie, a potem zaczęli się "żreć". I że te kłótnie były nie do wytrzymania. Być może oboje zdecydowali o rozwodzie, ale wciąż widać, że Gewara kocha MałąMi. I że jemu trudno jest.

Zdecydowali się jednak pracować dalej w jednej firmie i tak na co dzień nie widać jakichś problemów. Normalnie rozmawiają, w zasadzie jak gdyby nigdy nic.

Aż tu nagle wczoraj znowu jebudu. Dzwoni do mnie Pedant i mówi:
- Kreska, usiądź, bo nie uwierzysz. Chyba, że może wszyscy wiedzą już, a ja dowiedziałem się ostatni
Zapadła cisza. Zastanawiam się, kto znowu, co znowu...
- Wonderful się rozwodzi? - strzeliłam w końcu
- a kto wie... na razie razem z MałąMi oświadczyli, że są parą

Faktycznie, szczęka mi opadła. Wonderful? No przecież on jest wonderful! Taki stateczny, zasadniczy, poukładany. No i z MałąMi? Wonderful za moment skończy 50tkę. MałaMi jest równe 15lat młodsza, fanka ostrych brzmień, czarnego koloru, tatuaży i ciężkich brzmień. Charakterologicznie też raczej daleko mają do siebie. No nic, może mają inną płaszczyznę porozumienia.

Normalnie jak w ModzieNaSukces. Tylko cudownie wskrzeszonych nam jeszcze brakuje.

poniedziałek, 05 grudnia 2016

Po ostatnim tygodniu doszłam do wniosku, że na rynku wciąż brakuje porządnych senników.

Bo tak na przykład, mnie się śni impreza urodzinowa Kreatywnego, na której jest DJ i jest nim sam Ji.mekDębski! Po czym nagle Kreatwyny jest w moich seksimajtach i mi się do tyłka dobiera.
A tu ani Kreatywnego w senniku nie ma, ani Dębskiego. Nawet seksownych majtek nie ma, pfff!

Innym razem rozmawiam we śnie z Tulipanem, potem go całuję, a po skończonym pocałunku się okazuje, że to Wonderful był.

Albo za dużo pracy, albo za mało seksu.
Tak, tak, to chyba jednak nie jest problem z sennikami...

Woah! Ale ten czas pędzi! Lato, lato i za chwilę trzeba prezenty pod choinkę kupować.
Ja się tak nie bawię.

Ile razy tutaj sobie zaglądam, żeby zobaczyć gdzie byłam i co myślałam o tej porze rok czy 5 lat temu, to żałuję, że nie wpisuję swoich przemyśleń tutaj teraz. Żebym mogła tak samo odkopywać je za lat parę.

Za dużo tego wszystkiego mi się dzieje na raz. W pracy piastuję już nowe obowiązki. OPRÓCZ starych. To sprawia, że ostatnie wolne chwile mi się wypełniły po brzegi spotkaniami, papierkami, raportami i innymi drobiazgami z dedlajnami na wczoraj.

Jeśli kiedyś wydawało mi się, że nie mam czasu, no to "hahaha". Teraz to ja dopiero nie mam czasu!
A jeszcze Kubuś Drążyciel nadchodzi, do tablicy zostanę wezwana już w przyszłym tygodniu, a ja nie tylko pracy domowej nie mam gotowej, ale nawet ściągi są niekompletne.

Poza całym tym zamieszaniem jest też zamieszanie Tulipanowe, bo tak, Tulipan dalej jest obok mnie, a ja obok niego. Nie, to źle zabrzmiało. Jesteśmy razem, wciąż, pomimo różnych burz i naporów, jego wnerwów z rzucaniem marchewkami, depresjami, końcami świata i innych takich.
Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że zdecydowanie częściej z nim i przez niego płaczę ze śmiechu. A nie ze smutku.

Także, Drogi Pamiętniczku, chciałabym pisać bardzo, ale doby mi brakuje. To znaczy, tak konkretnie, to tak z 8h brak. Niedużo.
Może ktoś? Coś? Jakoś?
Proszę.

środa, 27 lipca 2016

Więc tak, to chyba jednak prawda, że jak jest dobrze, to się mniej pisze. Ja piszę mniej, bo mam mało czasu, w pracy i po pracy.

Od września czekają mnie nowe pracowe obowiązki, których nie przyjęłabym gdyby nie kusząca finansowa propozycja. Mam więc miesiac, żeby część rzeczy przerzucić na kogo-się-da i zrobić sobie luz na nowe obowiązki.

Po pracy jest dobrze. Tulipan pomieszkuje, czasem ja pomieszkuję u niego. Przy okazji rodzinnej stypy poznałam całą jego rodzinę i przyznać muszę, że dobrze się czuję, prawie jak ze swoimi.
No i, choć o tym wprost nie rozmawiamy, próbujemy się starać o potomstwo, z marnym skutkiem. Dziś liczyłam, że wreszcie zobaczę te dwie kreski, skoro okres mi się 3 dni spóźnia (a zwykle bywa jak w zegarku), ale nic z tego. Chyba czas pójść na jakiś przegląd techniczny.

A poza tym zupełnie bez zmian. Jak byłam roztargniona, tak jestem. Dziś na przykład wyrzuciłam siateczkę ze śniadaniem do pracy, razem ze śmieciami, które rano wyrzucałam.
A były śliweczki i brzoskwinie.
Smuteczek.

poniedziałek, 06 czerwca 2016

Jestem sobie słomianą panną tymczasowo, jako że Tulipan wybył zagranicę. Jeszcze przed wyjazdem zdążyłam poznać część jego rodziny i byłam u Pani Matki w domu, oficjalnie, na obiedzie.
Chyba zostałam dość szybko zaakceptowana, skoro gdy tylko Tulipan wyjechał, to Pani Matka wpadła na pomysł, że skoro mam klucze od Tulipanowego rancza (które de facto rodzinne jest), to możemy się wybrać tam razem.
Tulipan zadzwonił do mnie i się kajał, że w sumie to on się wcześniej mnie nie zapytał, ale jeśli będę na działce, to może mogłabym i jego mamę zabrać...

Jako, że miałam podlać pomidory, powyrywać rzodkiewkę i sałatę, a jego mama niedawno zaliczyła bliskie spotkanie z glebą i nie może prowadzić samochodu (ale wiaderka z wodą przydźwigać może), to pomyślałam.. w sumie, czemu nie.

No i pojechałyśmy w weekend tam razem. Było fajnie, dość swobodnie się nawet czułam.
Aż do pewnego momentu- gdy ona poszła do rodziny, a chwilę potem przyszedł wujek Tulipana i kategorycznie oświadczył, że mam tam do nich dołączyć, bez dyskusji. Fortelu niezłego użył, żeby mnie z ogródka do bramy przywołać - wołał mnie i pytał, czy ten samochód przed bramą to na sprzedaż. Raz i drugi mu odkrzyknęłam przez pół pola, że nie, ale gdy mi kazał do bramy podejść to już się przestraszyłam, że może na jaką miedzę wjechałam, albo krzywo stanęłam i się obywatelski obowiązek w jakim sąsiedzie obudził.
Śmialiśmy się potem z tego wszyscy, a najbardziej jego żona, która stwierdziła, że widać nawet w tym wieku to on sobie "kobitę' raz dwa przygruchać może.
Ogarnęłam więc trochę roztrzepany włos oraz ręce wyjęte z ziemi i dołączyłam do reszty rodziny.
Przy stole było gwarno, ciocie, kuzynki szwagry, ich dzieci... Przedstawiłam się imieniem, ale dziwnie mi tam było, choć miło przecież.
Pewnie Pani Matka przedstawiła mnie wcześniej tej reszcie rodziny, która mnie jeszcze nie widziała. Mam nadzieję, ale i tak dziwnie mi było i już.
Chociaż samo spotkanie było naprawdę sympatyczne i czułam się niemal jak wśród swoich. Tyle, że bez Tulipana to byłam jak to piąte koło u wozu.

Wieczorem w rozmowie powiedziałam Tulipanowi, że rzucił mnie na głęboką wodę.
- co zrobisz... jak ci chłop do pracy wyjechał
- no, to niech ten chłop wraca!

Dobrze, że ten projekt już niedługo się kończy, tyle, że ja akurat wtedy wyjadę i będziemy mieć wspólny tylko 1 wieczór. Potem znowu wyjazd, na prawie 2tyg.

Źle tęsknotę znoszę. Ja bym już chciała lipiec mieć!

środa, 18 maja 2016
Ach, jak przyjemnie

Ponoć jak się jest szczęśliwym, to nie ma o czym pisać, bo jest dobrze i jest nuda.

Jest to jakiś argument, choć ja nie piszę tu tak często jak bym chciała, głównie ze względu na spory deficyt czasu.

Ale stan szczęśliwości też pewnie nie jest bez znaczenia, bo ja i owszem, szczęśliwa jestem. Tulipan sprawia, że tak właśnie się czuję. Gdzieś mu chyba jakaś klapka przeskoczyła i jest tak, jak być powinno. Skończyły się zmiany planów bez uwzględniania mojej opinii. Kuzyn, który tak mieszał, miesza jakby mniej i jakby częściej liczy się z tym, że ja i Tulipan chcemy spędzać czas razem. Może po prostu się dowiedział, że jestem?

Tak czy siak, jest dobrze. I choć parę miesięcy temu myślałam, że może Tulipan po prostu tak ma, że może on inaczej nie potrafi i że muszę to zaakceptować, to jednak nie.

Jak facet chce, to potrafi.

Potrafi zrezygnować z miesięcznego zagranicznego projektu, żeby spędzać wieczory ze mną. Potrafi przytulać, całować, dotykać z taką częstotliwością jakiej potrzebuję.

To pewnie kiedyś jakoś minie, zmieni się, spowszednieje, ale póki co cieszę się takimi chwilami jak dzieciak.
Każde wspomnienie, każdą piękną chwilę pakuję w ozdobny papier, przewiązuję wstążeczką i ustawiam ostrożnie na półeczce.
W złych chwilach będzie to mój osobisty powerbank.

wtorek, 10 maja 2016

Nareszcie! Po wielu latach okupacji przybalkonowych drzew przez sroki, które niemiłosiernie terkotały bladym świtem, nareszcie! W gnieździe przy moim balkonie zamieszkały skowronki! Co za poranki mam teraz! Okien nie trzeba otwierać, ale gdy się wyjdzie na balkon, przeciągnie kości, wygrzeje twarz w budzącym się słońcu i jeszcze posłucha tego świergotania, ach!

Kocham maj. Nieustannie.

Truskawki mi już kwitną, konwalia po 2latach lenistwa znowu wykiełkowała, białe surfinie pachną obłędnie wieczorami, no i teraz te skowronki! Muszę poczytać co tu zrobić, żeby tak im się tutaj spodobało, by wróciły za rok.

 

piątek, 29 kwietnia 2016

Za dwa tygodnie chrzest Młodej. Ponieważ zwycięskiego składu się nie zmienia, to -podobnie jak Juniorkę- Młodą też będę wspierać w roli MatkiKrzestnej, mając u boku tego samego kuma.

Fajnie, cieszę się bardzo, bo to wyraz dużego zaufania, a przynajmniej ja tak to odbieram.

Prezent w szczegółach niewymyślony, ale będzie klasycznie i mam na to jeszcze chwilę. Najgorzej idzie mi z wyborem białej szatki. Takie cuda teraz można kupić! A ja jak ten osiołek między pełnymi żłobami...

No i jeszcze 'szatka' dla mnie. Mam wrażenie, że kiedyś kupowanie ciuchów i butów szło mi lekko, a teraz dzielę włos na czworo. Jakąś kieckę mam, jedną kupiłam, ale nie wiem czy nie jest zbyt ...banalna. Bo to niby sukienka, prosta w kroju, ale z grubej bawełny, więc czy to pasuje? Jak nic innego nie znajdę, to będzie musiało!

I buty jeszcze. Marzą mi się takie jasnoszare obcasiki fajne, ale muszę gdzieś upolować fajny fason.
To w kolejny weekend może.

Tagi: rodzinnie
18:12, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 kwietnia 2016

Czas bardzo szybko biegnie, coraz szybciej. Czas beztrosko wolny skurczył mi się do absolutnego minimum. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że prawie miesiąc tutaj nie zaglądałam.

I to nie tak, że nie mam o czym pisać, bo jest dobrze. Dobrze bywa, ale nie zawsze. Problemy rodzinne związane z Babcią są i uwierają jak kamień w bucie. I chciałabym to wszystko opisać, te wszystkie nerwy, które mną targają, tylko czasu brak, żeby to w sobie 'rozbebrać' i tutaj przelać. A szkoda. Bo dużo różnych niuansów jest, które pewnie z czasem mi gdzieś umkną. Do tego różne moje zdrowotne jazdy pod górkę, a na deser moje docieranie się z Tulipanem...

No nic. Może jakoś wreszcie zorganizuję ten mój chaos i znajdę czas, żeby tutaj zaległości też ponadrabiać.

 

Tagi: refleksje
15:09, kreseczka78 , Drobiazgi
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 marca 2016

Urlop, urlop i po urlopie. Góry cudne, śniegu jak w bajce, towarzystwo wyborowe, tylko czasu za mało.
Działo się tyle, że ledwie się obejrzeliśmy, a trzeba było wracać. Czas szczelnie wypełniły zabawy z Juniorką, lepienie bałwana, robienie orła na śniegu, imprezowanie jak dzieciaki padły, spacery po mieście i górach, imprezy oraz spacery. I imprezy. I harce. No działo się.
Odkrycie tego wyjazdu - w górach wciąż nie ma kaca i można bezkarnie mieszać alkohole.

Coraz częściej myślę o tym, że muszę znaleźć jakieś intratne i bardzo dochodowe zajęcie. I to takie, żebym miała dużo wolnego czasu i mogła odpoczywać kiedy chcę i gdzie chcę.

A Tulipanowa bajka trwa.
I trwa mać!

:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 258
Archiwum
Zakładki:
... i jeszcze bliżej:
Audio, czyli namiętnie słucham:
Codziennik
Lubię wpaść z wizytą
Pod kluczem
Przeglądam czasem
Się zapoznaję dopiero
Teraz czas na... LEJDIS
Tu sprawdzam
Z tego czasem korzystam...
Zachowane w pamięci
Pomoc statystyka