czwartek, 15 grudnia 2011
19:38
Zdążyłam. Zdążyłam pogadać o niczym, zanim morfina wywołała kolejne wizje. Zdążyłam potrzymać za rękę, zwilżyć usta, założyć rurkę z tlenem. Agonia była straszna, dobrze, że lekarz podał leki, które trochę odcięły świadomość i wujek nie do końca wiedział, że się dusi i że fioletowe ręce wcale nie są brudne, tylko sine. Aż przyszedł ostatni oddech. Po podłączeniu do ekg, czekaliśmy już tylko na ostatnie szamotanie serca. Biło coraz wolniej, coraz wolniej, aż linia stała się zupełnie prosta. Widziałam to na własne oczy. A uwierzyć i tak trudno. Wujku, tak bardzo będzie mi Ciebie brakować...
wtorek, 13 grudnia 2011
Są dni, których nie powinno być
Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. To nie miłość - lecz choroba bliskiej osoby.
niedziela, 11 grudnia 2011
Z wujkiem jest coraz gorzej. Z każdym tygodniem jest coraz słabiej. Teraz, prócz braku czucia w nogach, wujek nie może zacisnąć dłoni. Czuje ręce, bierze w nie różne przedmioty, które po sekundzie czy dwóch - wypadają. Tak więc sam nie może się nawet napić. Do tego pojawiły się jakieś dziwne omamy. To znaczy, one wcześniej też były, przy czym pojawiały się w parę chwil po połknięciu tabletek z morfiną. Teraz są już bez względu na porę. Jakby tego było mało - wujek ma już duszności i tak strasznie charczy mu przy oddychaniu... Wychodząc zobaczyłam w przedpokoju jego buty. Nowiutkie. Jeszcze nie noszone. Kupił je sobie miesiąc temu na zimowy sezon. Jak to przetrwać i się nie rozsypać w drobniutkie kawałeczki?
sobota, 10 grudnia 2011
A tymczasem święta za pasem
Z zaskoczeniem odkryłam, że w centrach handlowych spod ziemi (chyba?) wyrosły choinki. I we wszystkich głośnikach słychać świąteczne piosenki. Do świąt przygotowywać się będę po 17tym, czyli po ostatnim egzaminie. Co daje mi niewiele czasu, niestety. Czekać mnie będzie gonitwa po sklepach w poszukiwaniu prezentów, bo na zakupy w necie się nie załapię. W tym roku nie będzie też pierniczków, bo musiałabym je robić już teraz. No, no. Zaczyna mi się świąt odechciewać. Już. 2 egzaminy = 2 * 100%
Spróbowałoby być inaczej, a bym się załamała. Poświęciłam temu przedmiotowi mój cały wolny czas plus sporą część przeznaczoną na sen. Teraz tylko nie mogę popsuć tego final examem. Mam 6dni na przygotowanie. Trzeba będzie dać radę.
czwartek, 08 grudnia 2011
To już 3ci wpis na temat wujka, który mi zżera. Może to znak, żeby o tym nie pisać? Ale jak tu nie pisać, jeśli o niczym innym nie potrafię myśleć? Wujka sparaliżowało od pasa w dół. Dziś łyknął za dużą ilość tabletek przeciwbólowych... Żyje, ale co z tego? Nie ma szans na powrót sprawności w nogach. Będzie leżał plackiem w łóżku dopóki nie umrze. I będzie robić pod siebie, bo tego też nie czuje. Ile razy można przeżywać to samo?
wtorek, 06 grudnia 2011
Szybki update
Egzamin minął, to znaczy jego pierwsza część. Druga jest w ten piątek, bo psor się nie wyrobił z omówieniem wszystkiego i jednak doszedł do wniosku, że to byłoby nie fair. Miło. Ale nie ważne. Ważne, by na kolejnych częściach egzaminu poszło mi co najmniej tak poprawnie jak w sobotę. Złość ogólnoorganizacyjna
Dziś po 9mcach wreszcie doczekalam sie wizyty u lekarza (fanfary!) Potem miałam już nie wracać do pracy, tylko zostać w domu i czekać na pana od płytek, który miał dziś przyjść o 13. Ale nieee. Pedant od tygodnia kręcił nosem, że on ma akurat we wtorek spotkanie i chce, żebym też była. No to okej. Poprzestawiałam mamie plany, poprosiłam, żeby wpadła do mnie do domu i przypilnowała pana płytkowego (bo jeszcze obiecał mi uzupełnić te skute płytki w łazience). I? I siedzę sobie teraz w pracy jak ta gópia. Pedant spotkanie zaczął i wcale mnie chyba nie potrzebuje jednak. Normalnie kopnęłabym go w zadek za takie manewry. Naprawdę.
sobota, 03 grudnia 2011
Po chwili poprawy i informacji, że jednak przerzutów w kręgosłupie nie ma, znowu gorzej. Bo jednak lekarz nie wyklucza całkowicie przerzutów, mogą być tak małe, że na zdjęciu nie widać ich jeszcze. Ale coś musi się dziać, skoro wujek już nie chodzi. 2 dni temu idąc z balkonikiem do łazienki przewrócił się. Na szczęście niczego nie połamał, tylko się potłukł. Tak czy siak, teraz przykuło go już do łóżka. Leży w pampersie. Boże, jakie to upokarzające, gdy umysł wciąż sprawny, tylko ciało odmawia współpracy i człowiek staje się kompletnie zależny od drugiego człowieka... No i ból, ból też wrócił, znowu jest nie do wytrzymania. Chyba musieli pozmieniać znowu leki, bo Młodszy Brat mówi, że wujek odlatuje. Rozmawia, oczy mu się zamykają, zasypia, budzi się, mówi od rzeczy... Jutro jadę tam. Nie powiem, że się nie boję.
czwartek, 01 grudnia 2011
Jestem bardzo zestresowana. Kolejny rozdział książki i znowu zadań nie potrafię rozwiązać. Coś tam zaczynam, ale detale mnie gubią. A to o nie chodzi przecież. Głowa mnie rypie codziennie, śnią mi się bzdety, zasypiam z myślą o bilansie, budzę się myśląc o cashflow i tak cały boży dzień. W pracy nie potrafię się skupić na pracy, bo się martwię, że zaraz trzeba wracać i się uczyć, a ja jeszcze tyyyylu rzeczy nie rozumiem, braknie mi czasu, nie zdążę, aaaaa...!!! I ja tu wcale nie wciskam kokieterii, że jest masakra, a jej nie ma - bo masakra jest niestety. Wydawało mi się, że ten cashflow będzie prostym tematem, ale chyba nie jest. Zadania w ksiażce są tak pokomplikowane, żeby chyba nigdy od razu nie wpaść na właściwe rozwiązanie. Tzn. żeby taka nieksięgowa jak ja nigdy na to nie wpadła sama. Yhhh. A przez to wszystko nie mogę pojechać do wujka po południu w odwiedziny, tylko czekać muszę do niedzieli. A wujek w kiepskiej formie, bardzo. Nic nie je, o ile nie wmusi się w niego połowy bułki na przykład. Na cały dzień. Plus ewentualnie herbata. Niknie w oczach. Nie może chodzić - bo bolą biodra no i sił brakuje. Więc leży. Leży sobie tam sam, z tymi wielgachnymi przestraszonymi oczami. A ja bardzo chciałabym być tam częściej - a nie mogę.
niedziela, 27 listopada 2011
A cruel (zamiast accrual) accounting
No, to się dzieje. Tempo jest STRASZNE. Wczorajsze zajęcia były w takim tempie, że nie nadążaliśmy za profesorem z przewracaniem kartek w podręczniku czy w materiałach. Chwila dekoncentracji i już omawiane jest rozwiązanie zadania, 4 kartki do przodu. Masakra. No to dziś z tego stresu, ranek przywitałam rozstrojeniem gastrycznym, że się tak oględnie wyrażę. Za tydzień egzamin. Hahahahahaha.
czwartek, 24 listopada 2011
Do nauki podeszłam poważnie. Codziennie od 17 do północy, z przerwami na herbatę, na przemian czytam podręcznik i robię zadania. W życiu nie byłam TAK systematyczna. We wtorek się załamałam. Przeczytałam kolejny rozdział i ciągle nie rozumiałam zadań. Wczoraj dalej czytałam i dalej nic, czarna magia. A tak dobrze mi szło w niedzielę i poniedziałek! Załamanie było tym większe, że w materiałach dodatkowych do przedmiotu dość precyzyjnie była opisana strategia uczenia się. Mianowicie - wszystko trzeba rozumieć. Jeśli czegoś nie rozumiesz - w następnej części się zgubisz. Jeśli nie rozumiesz - nie zdasz egzaminu. No to wracam się do tego, czego nie kumam, ale zegar tyka, nie ruszam z tematem do przodu, zadania czekają, a ja wciąż nie rozumiem! Wczoraj po koniec to już sobie nawet trochę odpuściłam, taka rezygnacja mnie dopadła. Bo im bardziej się starałam, tym bardziej nie rozumiałam. Mieszało mi się to, co wcześniej tak dobrze znałam. Koszmar. Za to dziś - wyspana (bo nie musiałam być z samego rana w pracy), zrelaksowana, zabrałam się do nauki i - niespodzianka. Doznałam olśnienia. Nagle wszystko powskakiwało w odpowiednie szufladki. Trzeci rozdział poszedł mi błyskawicznie. I jak tak sobie policzyłam - to na ten tydzień teoretycznie wyrobiłam już normę. Bo na każde 5h zajęć na uczelni, trzeba samemu w domu studiować 10h - te proporcje wyrobiłam z nawiązką. Tak więc na dziś - koniec. Dam odpocząć głowie. Coś mi się wydaje, że ten kryzys był spowodowany właśnie przemęczeniem. W końcu 2 razy śniło mi się księgowanie oraz korekta bilansu. To chyba dość jasny przekaz, ze co za dużo to niezdrowo.
wtorek, 22 listopada 2011
Echh...
Jest źle. Jest bardzo źle. Są przerzuty w kościach. Duży, widoczny guz na mostku i ogromny ból kręgosłupa. Są więc i tabletki z morfiną, które działają tylko przez kilkadziesiąt minut. Wczoraj wujek nie dojechał do szpitala, bo nie mógł wytrzymać w półleżącej pozycji w samochodzie. Wrócili do domu, dziś będzie druga próba. Ma być paliatywna radioterapia tu w Wwie, ale na razie wujek musi dotrzeć do swojego szpitala. Najmłodszy Brat powiedział mi wczoraj, że wujek wygląda bardzo źle, że się zmienił na twarzy, wychudł. I że to chyba już niedługo potrwa... A ja znowu próbuję zacząć rachunkowość finansową na studiach. Zbieg okoliczności?
poniedziałek, 21 listopada 2011
Oj, będę piszczeć, będę...
Dzisiaj przez całe popołudnie stukałam rachunkowość. Jednak. Nie poszłam na koncert, sumienie mi nie dało. I całkiem słusznie zrobiło to sumienie, bo od godz.16 do teraz przerobiłam cały jeden rozdział i zrobiłam zaledwie 19 z 37 zadań. A byłam wypoczęta i zrelaksowana. Wspominać nie muszę, że ów rozdział to jest pierwszy ze wszystkich (czyli sama łatwizna) i autor podręcznika dopiero rozkręci się w kolejnych. A ja do piątku muszę wystukać na blachę wszystkie 3 rozdziały, a do tego zrobić brakujące 18 zadań z pierwszego rozdziału, 40 zadań z drugiego rozdziału plus 47 zadań z trzeciego rozdziału. Oraz 2 kejsy na ocenę. Luz. W ogóle się nie denerwuję. Nic a nic.
piątek, 18 listopada 2011
Być jak sroka
Po gotowaniu, szydełkowaniu, rysowaniu - nastała era nowego hobby.
Dziś chciałam się przemeldować i zamieszkać w sklepie z artykułami do produkcji biżuterii. No, także ten. Świeżo odebrna książka do rachunkowości coś leży w kącie - mimo, że plan ambitny był taki, że w weekend ją czytam.
Tia, jassssne. |
Archiwum
Zakładki:
... i jeszcze bliżej:
Audio, czyli namiętnie słucham:
Codziennik
Lubię wpaść z wizytą
Pod kluczem
Przeglądam czasem
Się zapoznaję dopiero
Teraz czas na... LEJDIS
Tu sprawdzam
Z tego czasem korzystam...
Zachowane w pamięci
|